Wiadomości astronomiczne z internetu
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Opcja zero: nie ma ISS, nie ma następców
2025-07-27. Krzysztof Kanawka
Czy za kilka lat tylko chiński Tiangong będzie na orbicie?
Misja Międzynarodowej Stacji Kosmicznej dobiega końca. Czy komercyjne podmioty zdążą zbudować następcę? Czy Gateway się utrzyma?
Piętnastego lipca 2025 roku zakończyła się misja Axiom-4. Był to pierwszy lot dla Polski, Węgier i Indii na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Każdy z astronautów uczestniczących w tej blisko trzytygodniowej misji spędził przynajmniej kilkadziesiąt godzin prac nad eksperymentami naukowymi i technologicznymi ze swoich państw. Jest to mocny dowód, że ISS – jako kosmiczne laboratorium – cieszy się dużą popularnością.
Od 1998 aż do dziś
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS) to największy obiekt, jaki kiedykolwiek powstał na orbicie. Aktualna całkowita masa tego kompleksu przekracza 430 ton, zaś wymiary to około 110 na 75 metrów. Cała stacja składa się z kilkunastu modułów ciśnieniowych, podzielonych na dwie sekcje: rosyjską oraz amerykańską/międzynarodową. Większość modułów należy do Rosji i Ameryki za wyjątkiem japońskiego modułu Kibo oraz europejskiego Columbus. Pierwszy moduł ISS, rosyjska Zarja, został wyniesiony na orbitę w listopadzie 1998 roku.
Pierwsza załoga ISS – która otrzymała nazwę Expedition 1, weszła na pokład nowej stacji 2 listopada 2000 roku. Dwóch Rosjan, Sergiej Krikałow oraz Jurij Gidzenko wraz z dowódcą, Amerykaninem Williamem Shepherdem przybyło na ISS na pokładzie Sojuza TM-31. Wówczas w skład stacji wchodziły tylko trzy moduły: amerykański Unity oraz rosyjskie Zarja i Zwiezda. Od tego momentu stacja została znacznie rozbudowana i jest stale zamieszkała przez astronautów. Do ISS zawitały także i “nie-stałe” załogi, wykonujące prace przez kilkanaście dni. Przykładem jest niedawna misja Axiom-4, w której uczestniczył astronauta z Polski – Sławosz Uznański-Wiśniewski. Wreszcie, kilka razy na ISS zawitał “kosmiczny turysta”.
Czas ISS dobiega już końca, czego świetnym dowodem były tegoroczne problemy z modułem Zwiezda. W czerwcu 2024 NASA wybrała firmę SpaceX do opracowania pojazdu do deorbitacji ISS. Aktualnie podawana data deorbitacji to 2030 rok. Plan zakłada, że deorbitacja ISS nastąpi, gdy pierwszy komercyjny następca pojawi się na orbicie.
Następcy ISS – kiedy i jak?
Aktualnie realizowane są następujące projekty:
• Orbital Reef firm Blue Origin i Sierra Space
• Axiom Station firmy Axiom Space, którego pierwszy moduł ma znaleźć się na orbicie w 2028 roku
• Starlab, wspólny projekt firm Nanoracks, Lockheed Martin oraz europejskiego koncernu Airbus
• Haven firmy VAST
W połowie 2025 roku wydaje się, że najbliżej celu jest firma Axiom Space. Nowy plan budowy stacji Axiom Station, zaprezentowany przez firmę Axiom Space w grudniu 2024, zmienia kolejność umieszczania modułów na orbicie. Jako pierwszy ma się znaleźć AxPPTM. Następnie się znajdzie na orbicie moduł mieszkalny AxH1, po czym śluza do spacerów kosmicznych. W dalszej kolejności na orbicie ma się znaleźć drugi moduł AxH2 oraz moduł naukowy AxRMF.
Inne firmy mają podobny terminarz: przykładowo moduł Haven-1 obecnie jest planowany na 2026 rok, zaś Haven-2 na 2028 rok.
Czy dwa lata to dużo czy mało? Warto tu zauważyć, że Axiom Space początkowo planował umieścić pierwszy moduł już w 2026 roku. Tak z pewnością się nie stanie i margines czasu do deorbitacji ISS jest już znacznie mniejszy.
W przypadku dalszych opóźnień, które są możliwe, pojawia się ryzyko “przekroczenia” roku 2030. Co wówczas się stanie? Czy pobyt ISS na orbicie zostanie przedłużony? A może pojawi się “dziura” w obecności “zachodnich” stacji orbitalnych?
“Dziura” dla stacji kosmicznych?
Pojawiają się argumenty, że około 2030 roku w przestrzeni kosmicznej będzie już przebywać nowa stacja kosmiczna – Gateway, krążąca wokół Księżyca. Jednakże, ta stacja ma wielu przeciwników i w obliczu potencjalnych dużych zmian w budżecie NASA pojawia się ryzyko całkowitego skasowania tego programu. Oznacza to, że około 2030 roku program Gateway może być już przeszłością. Ponadto, Gateway nie ma być stale zamieszkana – obecność astronautów na pokładzie ma trwać nie więcej niż do kilku miesięcy, po czym stacja będzie funkcjonować w trybie automatycznym. Z tego powodu Gateway nie jest następcą ISS jako kosmicznego laboratorium.
Rysuje się poważne ryzyko braku jakiejkolwiek “zachodniej” stacji orbitalnej, do której astronauci z Europy, USA, Kanady czy Japonii mogliby latać i wykonywać wielomiesięczne misje. Taka “dziura” w dostępności jest oczywiście dużym zagrożeniem dla wielu prac badawczo-rozwojowych, w tym coraz częstszych pierwszych prób prac przemysłowych w warunkach LEO.
Warto tu dodać, że pomiędzy ostatnią misją promu kosmicznego (STS-135, lipiec 2011) a pierwszą misją załogową Dragona (SpX-DM2, maj-sierpień 2020) minęło dziewięć lat “dziury”. Ówczesna “dziura” w amerykańskich lotach była mocno krytykowana jako przykład opóźnień z uwagi na napotkane wyzwania techniczne, problemów administracyjnych j
Co ciekawe, w przypadku wystąpienia “dziury” w obecności “zachodnich” stacji przynajmniej jedna stacja będzie na orbicie. Jest i będzie nią chińska stacja Tiangong. Co więcej, Indie zapowiadają budowę stacji “Bharatiya Antariksh Station” (BAS) od 2028 roku. Czy w przypadku “dziury” pojawi się propozycja by amerykański pojazd załogowy poleciał do indyjskiej stacji?
(PFA)
International Space Station Assembly
Konfiguracja (już nieaktualna, ale prawdopodobnie najnowsza z dostępnych) stacji Gateway – stan na listopad 2022 / Credits – NASA
https://kosmonauta.net/2025/07/opcja-ze ... nastepcow/
2025-07-27. Krzysztof Kanawka
Czy za kilka lat tylko chiński Tiangong będzie na orbicie?
Misja Międzynarodowej Stacji Kosmicznej dobiega końca. Czy komercyjne podmioty zdążą zbudować następcę? Czy Gateway się utrzyma?
Piętnastego lipca 2025 roku zakończyła się misja Axiom-4. Był to pierwszy lot dla Polski, Węgier i Indii na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Każdy z astronautów uczestniczących w tej blisko trzytygodniowej misji spędził przynajmniej kilkadziesiąt godzin prac nad eksperymentami naukowymi i technologicznymi ze swoich państw. Jest to mocny dowód, że ISS – jako kosmiczne laboratorium – cieszy się dużą popularnością.
Od 1998 aż do dziś
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS) to największy obiekt, jaki kiedykolwiek powstał na orbicie. Aktualna całkowita masa tego kompleksu przekracza 430 ton, zaś wymiary to około 110 na 75 metrów. Cała stacja składa się z kilkunastu modułów ciśnieniowych, podzielonych na dwie sekcje: rosyjską oraz amerykańską/międzynarodową. Większość modułów należy do Rosji i Ameryki za wyjątkiem japońskiego modułu Kibo oraz europejskiego Columbus. Pierwszy moduł ISS, rosyjska Zarja, został wyniesiony na orbitę w listopadzie 1998 roku.
Pierwsza załoga ISS – która otrzymała nazwę Expedition 1, weszła na pokład nowej stacji 2 listopada 2000 roku. Dwóch Rosjan, Sergiej Krikałow oraz Jurij Gidzenko wraz z dowódcą, Amerykaninem Williamem Shepherdem przybyło na ISS na pokładzie Sojuza TM-31. Wówczas w skład stacji wchodziły tylko trzy moduły: amerykański Unity oraz rosyjskie Zarja i Zwiezda. Od tego momentu stacja została znacznie rozbudowana i jest stale zamieszkała przez astronautów. Do ISS zawitały także i “nie-stałe” załogi, wykonujące prace przez kilkanaście dni. Przykładem jest niedawna misja Axiom-4, w której uczestniczył astronauta z Polski – Sławosz Uznański-Wiśniewski. Wreszcie, kilka razy na ISS zawitał “kosmiczny turysta”.
Czas ISS dobiega już końca, czego świetnym dowodem były tegoroczne problemy z modułem Zwiezda. W czerwcu 2024 NASA wybrała firmę SpaceX do opracowania pojazdu do deorbitacji ISS. Aktualnie podawana data deorbitacji to 2030 rok. Plan zakłada, że deorbitacja ISS nastąpi, gdy pierwszy komercyjny następca pojawi się na orbicie.
Następcy ISS – kiedy i jak?
Aktualnie realizowane są następujące projekty:
• Orbital Reef firm Blue Origin i Sierra Space
• Axiom Station firmy Axiom Space, którego pierwszy moduł ma znaleźć się na orbicie w 2028 roku
• Starlab, wspólny projekt firm Nanoracks, Lockheed Martin oraz europejskiego koncernu Airbus
• Haven firmy VAST
W połowie 2025 roku wydaje się, że najbliżej celu jest firma Axiom Space. Nowy plan budowy stacji Axiom Station, zaprezentowany przez firmę Axiom Space w grudniu 2024, zmienia kolejność umieszczania modułów na orbicie. Jako pierwszy ma się znaleźć AxPPTM. Następnie się znajdzie na orbicie moduł mieszkalny AxH1, po czym śluza do spacerów kosmicznych. W dalszej kolejności na orbicie ma się znaleźć drugi moduł AxH2 oraz moduł naukowy AxRMF.
Inne firmy mają podobny terminarz: przykładowo moduł Haven-1 obecnie jest planowany na 2026 rok, zaś Haven-2 na 2028 rok.
Czy dwa lata to dużo czy mało? Warto tu zauważyć, że Axiom Space początkowo planował umieścić pierwszy moduł już w 2026 roku. Tak z pewnością się nie stanie i margines czasu do deorbitacji ISS jest już znacznie mniejszy.
W przypadku dalszych opóźnień, które są możliwe, pojawia się ryzyko “przekroczenia” roku 2030. Co wówczas się stanie? Czy pobyt ISS na orbicie zostanie przedłużony? A może pojawi się “dziura” w obecności “zachodnich” stacji orbitalnych?
“Dziura” dla stacji kosmicznych?
Pojawiają się argumenty, że około 2030 roku w przestrzeni kosmicznej będzie już przebywać nowa stacja kosmiczna – Gateway, krążąca wokół Księżyca. Jednakże, ta stacja ma wielu przeciwników i w obliczu potencjalnych dużych zmian w budżecie NASA pojawia się ryzyko całkowitego skasowania tego programu. Oznacza to, że około 2030 roku program Gateway może być już przeszłością. Ponadto, Gateway nie ma być stale zamieszkana – obecność astronautów na pokładzie ma trwać nie więcej niż do kilku miesięcy, po czym stacja będzie funkcjonować w trybie automatycznym. Z tego powodu Gateway nie jest następcą ISS jako kosmicznego laboratorium.
Rysuje się poważne ryzyko braku jakiejkolwiek “zachodniej” stacji orbitalnej, do której astronauci z Europy, USA, Kanady czy Japonii mogliby latać i wykonywać wielomiesięczne misje. Taka “dziura” w dostępności jest oczywiście dużym zagrożeniem dla wielu prac badawczo-rozwojowych, w tym coraz częstszych pierwszych prób prac przemysłowych w warunkach LEO.
Warto tu dodać, że pomiędzy ostatnią misją promu kosmicznego (STS-135, lipiec 2011) a pierwszą misją załogową Dragona (SpX-DM2, maj-sierpień 2020) minęło dziewięć lat “dziury”. Ówczesna “dziura” w amerykańskich lotach była mocno krytykowana jako przykład opóźnień z uwagi na napotkane wyzwania techniczne, problemów administracyjnych j
Co ciekawe, w przypadku wystąpienia “dziury” w obecności “zachodnich” stacji przynajmniej jedna stacja będzie na orbicie. Jest i będzie nią chińska stacja Tiangong. Co więcej, Indie zapowiadają budowę stacji “Bharatiya Antariksh Station” (BAS) od 2028 roku. Czy w przypadku “dziury” pojawi się propozycja by amerykański pojazd załogowy poleciał do indyjskiej stacji?
(PFA)
International Space Station Assembly
Konfiguracja (już nieaktualna, ale prawdopodobnie najnowsza z dostępnych) stacji Gateway – stan na listopad 2022 / Credits – NASA
https://kosmonauta.net/2025/07/opcja-ze ... nastepcow/
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Kwantowe Słońce: mechanika kwantowa podbija kosmos
2025-07-27. Nina Mazurewicz
Jaki los czekałby Słońce, gdyby zdawało się tylko na fizykę klasyczną?
Wielu z nas kwanty kojarzą się z mikroskalą. Szufladkujemy je często jako zarezerwowane dla świata cząstek. Ale czy jest tak na pewno? Kwantowa rzeczywistość i wszystkie jej dziwactwa wiodą prym również w kosmosie. I wcale nie trzeba się za nimi długo rozglądać.
Okazuje się, że wystarczy udać się na najbliższą nam gwiazdę – Słońce. Chociaż tego lata łatwo jest zapomnieć o jej istnieniu, nasza ulubiona kula ognia nie świeciłaby nam w ogóle, gdyby nie mechanika kwantowa i jedno z jej dobrodziejstw: zjawisko tunelowania kwantowego.
Tunele mają co do zasady łączyć dwa odseparowane od siebie miejsca mimo przeszkód, które się pomiędzy nimi znajdują. I nie inaczej powinniśmy kojarzyć właśnie tunelowanie kwantowe. Bo jest to zjawisko, dzięki któremu cząstki mogą oszukać system i przedostać się kwantowym tunelem przez barierę potencjału, tj. obszar podwyższonego potencjału oddzielający obszary o niższej energii – klasycznie byłaby ona dla cząstek nie do przeskoczenia. U podstaw tych oszustw leżą najważniejsze założenia mechaniki kwantowej, takie jak to, że każda cząstka wykazuje falową naturę i jest jej przypisana fala o pewnej długości. A że jej stan opisuje fala właśnie, może ona niejako rozlewać się w przestrzeni. Istnieje więc niezerowe prawdopodobieństwo, że cząstka przecieknie przez barierę i znajdzie się przy tym w obszarze, który byłby dla niej niedostępny klasycznie.
Co takiego jednak dzieje się na Słońcu, że potrzebuje ono tunelowania kwantowego, żeby móc nam w ogóle świecić? W jądrze Słońca nieustannie kotłują się atomy wodoru, które, zderzając się ze sobą, tworzą hel. Przy okazji tego procesu powstaje ogromna ilość energii, dzięki której najbliższa nam gwiazda może opalać na heban kuracjuszy nad polskim morzem. I choć starożytni nie zdawali sobie sprawy z tych procesów, nie dziwi, że próbowali tłumaczyć skomplikowany fenomen Słońca istnieniem różnorakich bóstw. Tak jak egipski Re przemierzał sklepienie niebieskie w słonecznej barce za dnia, a nocą walczył z siłami ciemności w podziemiach, tak klasyczna fizyka walczyła ze swoim opisem, który nijak nie potrafił pogodzić zjawisk przedstawionych wyżej… Dlaczego? Jądra atomowe wodoru składają się z protonów, które z racji tego, że wszystkie są naładowane pozytywnie, odpychają się i raczej wolą od siebie stronić. Pomimo tego, że temperatura jądra Słońca sięga 15 milionów stopni Celsjusza, wciąż jest to za mało, żeby nadać protonom energii mogącej uzasadnić zachodzącą tam fuzję, a więc właśnie łączenie się lżejszych jąder w jedno cięższe, przy jednoczesnym wydzielaniu ogromnych ilości energii. Przynajmniej, jeśli przyglądamy się temu problemowi z klasycznego punktu widzenia…
Bo kiedy przyjrzymy mu się przez pryzmat mechaniki kwantowej, okazuje się, że istnieje niewielka szansa, że protony pokonają tę, tak zwaną, barierę kolumbowską. A wszystko to za sprawą, jakżeby inaczej, tunelowania kwantowego. I chociaż prawdopodobieństwo jego wystąpienia jest małe, protonów w słonecznym jądrze jest tak dużo, że nawet jeżeli do kwantowego tunelu wskoczy tylko jedna na kilka miliardów protonowych par, to wystarczy, żeby utrzymać przy życiu gwiazdę bez której żyć nie moglibyśmy my.
Wbrew pozorom, kosmos swoją kwantową naturę pokazuje na każdym kroku. Spotkasz się z nią w okolicach czarnych dziur i gwiazd neutronowych, otrzesz się o nią przy okazji odkrywania tajemnic ciemnej materii… Mechanika kwantowa to nie tylko małe sprawy, ale również wielkie rzeczy.
O kwantowym kosmosie i kwantach opowiadam więcej w mojej najnowszej książce „Kwanty nie gryzą”. Zapraszam do lektury!
Ilustracja pochodzi od Wydawcy
https://kosmonauta.net/2025/07/kwantowe ... ja-kosmos/
2025-07-27. Nina Mazurewicz
Jaki los czekałby Słońce, gdyby zdawało się tylko na fizykę klasyczną?
Wielu z nas kwanty kojarzą się z mikroskalą. Szufladkujemy je często jako zarezerwowane dla świata cząstek. Ale czy jest tak na pewno? Kwantowa rzeczywistość i wszystkie jej dziwactwa wiodą prym również w kosmosie. I wcale nie trzeba się za nimi długo rozglądać.
Okazuje się, że wystarczy udać się na najbliższą nam gwiazdę – Słońce. Chociaż tego lata łatwo jest zapomnieć o jej istnieniu, nasza ulubiona kula ognia nie świeciłaby nam w ogóle, gdyby nie mechanika kwantowa i jedno z jej dobrodziejstw: zjawisko tunelowania kwantowego.
Tunele mają co do zasady łączyć dwa odseparowane od siebie miejsca mimo przeszkód, które się pomiędzy nimi znajdują. I nie inaczej powinniśmy kojarzyć właśnie tunelowanie kwantowe. Bo jest to zjawisko, dzięki któremu cząstki mogą oszukać system i przedostać się kwantowym tunelem przez barierę potencjału, tj. obszar podwyższonego potencjału oddzielający obszary o niższej energii – klasycznie byłaby ona dla cząstek nie do przeskoczenia. U podstaw tych oszustw leżą najważniejsze założenia mechaniki kwantowej, takie jak to, że każda cząstka wykazuje falową naturę i jest jej przypisana fala o pewnej długości. A że jej stan opisuje fala właśnie, może ona niejako rozlewać się w przestrzeni. Istnieje więc niezerowe prawdopodobieństwo, że cząstka przecieknie przez barierę i znajdzie się przy tym w obszarze, który byłby dla niej niedostępny klasycznie.
Co takiego jednak dzieje się na Słońcu, że potrzebuje ono tunelowania kwantowego, żeby móc nam w ogóle świecić? W jądrze Słońca nieustannie kotłują się atomy wodoru, które, zderzając się ze sobą, tworzą hel. Przy okazji tego procesu powstaje ogromna ilość energii, dzięki której najbliższa nam gwiazda może opalać na heban kuracjuszy nad polskim morzem. I choć starożytni nie zdawali sobie sprawy z tych procesów, nie dziwi, że próbowali tłumaczyć skomplikowany fenomen Słońca istnieniem różnorakich bóstw. Tak jak egipski Re przemierzał sklepienie niebieskie w słonecznej barce za dnia, a nocą walczył z siłami ciemności w podziemiach, tak klasyczna fizyka walczyła ze swoim opisem, który nijak nie potrafił pogodzić zjawisk przedstawionych wyżej… Dlaczego? Jądra atomowe wodoru składają się z protonów, które z racji tego, że wszystkie są naładowane pozytywnie, odpychają się i raczej wolą od siebie stronić. Pomimo tego, że temperatura jądra Słońca sięga 15 milionów stopni Celsjusza, wciąż jest to za mało, żeby nadać protonom energii mogącej uzasadnić zachodzącą tam fuzję, a więc właśnie łączenie się lżejszych jąder w jedno cięższe, przy jednoczesnym wydzielaniu ogromnych ilości energii. Przynajmniej, jeśli przyglądamy się temu problemowi z klasycznego punktu widzenia…
Bo kiedy przyjrzymy mu się przez pryzmat mechaniki kwantowej, okazuje się, że istnieje niewielka szansa, że protony pokonają tę, tak zwaną, barierę kolumbowską. A wszystko to za sprawą, jakżeby inaczej, tunelowania kwantowego. I chociaż prawdopodobieństwo jego wystąpienia jest małe, protonów w słonecznym jądrze jest tak dużo, że nawet jeżeli do kwantowego tunelu wskoczy tylko jedna na kilka miliardów protonowych par, to wystarczy, żeby utrzymać przy życiu gwiazdę bez której żyć nie moglibyśmy my.
Wbrew pozorom, kosmos swoją kwantową naturę pokazuje na każdym kroku. Spotkasz się z nią w okolicach czarnych dziur i gwiazd neutronowych, otrzesz się o nią przy okazji odkrywania tajemnic ciemnej materii… Mechanika kwantowa to nie tylko małe sprawy, ale również wielkie rzeczy.
O kwantowym kosmosie i kwantach opowiadam więcej w mojej najnowszej książce „Kwanty nie gryzą”. Zapraszam do lektury!
Ilustracja pochodzi od Wydawcy
https://kosmonauta.net/2025/07/kwantowe ... ja-kosmos/
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Nowo odkryta galaktyka wygląda jak nieskończoność. Użyją jej do rozwikłania wielkiej zagadki wszechświata
2025-07-27. Aleksander Kowal
Astronomowie zaobserwowali jeden z najbardziej osobliwych obiektów kosmicznych: galaktykę przypominającą symbol nieskończoności. Wykorzystali w tym celu Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Już sama obserwacja była niesamowita, a dalsze badania poświęcone temu obiektowi doprowadziły ich autorów do wniosków, które mogą okazać się przełomowe z innego względu. Mówimy bowiem o galaktyce, w której centrum najprawdopodobniej znajduje się supermasywna czarna dziura w fazie narodzin. Dokonane odkrycie powinno doprowadzić do postępów w badaniach nad tym, jak świat nauki rozumie kwestie powstawania największych czarnych dziur we wszechświecie.
Kosmiczne zderzenie kluczem do powstania osobliwej galaktyki
Badacze opisujący obserwacje w The Astrophysical Journal Letters zaprezentowali światu strukturę nazwaną Galaktyką Nieskończoności. Powstała ona wskutek kolizji dwóch galaktyk spiralnych, których nakładające się pierścienie gwiazd utworzyły świecącą ósemkę. Pieter van Dokkum z Uniwersytetu Yale i Gabriel Brammer z Uniwersytetu Kopenhaskiego dokonali odkrycia podczas analizy archiwalnych danych z przeglądu COSMOS-Web prowadzonego przez Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Obiekt składa się z dwóch wyraźnych pierścieni gwiazd oraz rozległej chmury zjonizowanego wodoru, rozciągającej się na obszarze przekraczającym 30 000 lat świetlnych. Decydującą rolę w ukształtowaniu tej osobliwej galaktyki odegrały fale uderzeniowe powstałe podczas kolizji. Skompresowały one gaz między jądrami galaktyk, tworząc turbulentne, wysokociśnieniowe środowisko, które mogło doprowadzić do narodzin czarnej dziury.
Najbardziej zaskakującym aspektem odkrycia jest położenie supermasywnej czarnej dziury o masie około miliona mas Słońca. Zamiast znajdować się w centrach łączących się galaktyk, obiekt ten ulokowany jest dokładnie w połowie drogi między nimi. Jak wyjaśnia van Dokkum, znalezienie czarnej dziury, która nie znajduje się w jądrze masywnej galaktyki, jest samo w sobie niezwykłe. Jej geneza może być jednak nawet bardziej fascynująca, ponieważ astronomowie sugerują, jakoby nie dotarła tam z zewnątrz, ale powstała na miejscu. I to całkiem niedawno. Analizy spektroskopowe wskazują, że czarna dziura znajduje się dokładnie w centrum rozkładu prędkości otaczającego gazu. To silny argument za tym, że powstała ona lokalnie, a nie przemieściła się z innego miejsca. Naukowcy podejrzewają również, że w całym układzie mogą istnieć aż trzy supermasywne czarne dziury – po jednej w każdym z pierwotnych jąder galaktycznych oraz ta nowo odkryta. Potwierdzenie tej hipotezy wymaga jednak dodatkowych obserwacji radiowych i spektroskopowych.
Alternatywa dla tradycyjnych teorii
Odkrycie może potwierdzać mniej popularny model powstawania supermasywnych czarnych dziur, znany jako teoria bezpośredniego kolapsu. Powszechnie akceptowane założenie sugeruje, iż małe czarne dziury powstałe z zapadających się gwiazdy rosną przez miliardy lat poprzez łączenie się z innymi tego typu obiektami. Problem w tym, że Teleskop Webba już wcześniej wykrył supermasywne czarne dziury istniejące we wszechświecie zbyt wcześnie, by zdążyły powstać w ten powolny sposób. Wskazywało to na możliwość istnienia innych mechanizmów narodzin obiektów o tak wysokich masach. Galaktyka Nieskończoności może okazać się flagową przedstawicielką tego nowego mechanizmu. Zderzenie dwóch galaktyk bogatych w gaz i metale wywołało wstrząsy, które gwałtownie sprężyły gaz między ich jądrami. Ekstremalne warunki, przejawiające się silnymi turbulencjami i wysokim ciśnieniem, mogły zahamować formowanie się gwiazd i umożliwić bezpośredni grawitacyjny kolaps w czarną dziurę.
Najnowsze ustalenia mogą mieć znaczenie dla badań nad młodym wszechświatem. Dokonane odkrycie odnosi się bowiem do tego, jak supermasywne czarne dziury mogły powstać zaskakująco krótko po Wielkim Wybuchu. Choć dziś kolizje galaktyk są rzadkie, podobne ekstremalne warunki były prawdopodobnie częstsze we wczesnym wszechświecie. I choć będzie potrzeba więcej dowodów w tej sprawie, to te zgromadzone dotychczas wspierają hipotezę o zaobserwowaniu nowo narodzonej supermasywnej czarnej dziury. My widzimy natomiast po raz kolejny, jak wiele zagadkowych mechanizmów wciąż kryje się przed ekspertami w dziedzinie astronomii.
czarna dziura
https://www.chip.pl/2025/07/chinski-iro ... -zolnierzy
2025-07-27. Aleksander Kowal
Astronomowie zaobserwowali jeden z najbardziej osobliwych obiektów kosmicznych: galaktykę przypominającą symbol nieskończoności. Wykorzystali w tym celu Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Już sama obserwacja była niesamowita, a dalsze badania poświęcone temu obiektowi doprowadziły ich autorów do wniosków, które mogą okazać się przełomowe z innego względu. Mówimy bowiem o galaktyce, w której centrum najprawdopodobniej znajduje się supermasywna czarna dziura w fazie narodzin. Dokonane odkrycie powinno doprowadzić do postępów w badaniach nad tym, jak świat nauki rozumie kwestie powstawania największych czarnych dziur we wszechświecie.
Kosmiczne zderzenie kluczem do powstania osobliwej galaktyki
Badacze opisujący obserwacje w The Astrophysical Journal Letters zaprezentowali światu strukturę nazwaną Galaktyką Nieskończoności. Powstała ona wskutek kolizji dwóch galaktyk spiralnych, których nakładające się pierścienie gwiazd utworzyły świecącą ósemkę. Pieter van Dokkum z Uniwersytetu Yale i Gabriel Brammer z Uniwersytetu Kopenhaskiego dokonali odkrycia podczas analizy archiwalnych danych z przeglądu COSMOS-Web prowadzonego przez Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba. Obiekt składa się z dwóch wyraźnych pierścieni gwiazd oraz rozległej chmury zjonizowanego wodoru, rozciągającej się na obszarze przekraczającym 30 000 lat świetlnych. Decydującą rolę w ukształtowaniu tej osobliwej galaktyki odegrały fale uderzeniowe powstałe podczas kolizji. Skompresowały one gaz między jądrami galaktyk, tworząc turbulentne, wysokociśnieniowe środowisko, które mogło doprowadzić do narodzin czarnej dziury.
Najbardziej zaskakującym aspektem odkrycia jest położenie supermasywnej czarnej dziury o masie około miliona mas Słońca. Zamiast znajdować się w centrach łączących się galaktyk, obiekt ten ulokowany jest dokładnie w połowie drogi między nimi. Jak wyjaśnia van Dokkum, znalezienie czarnej dziury, która nie znajduje się w jądrze masywnej galaktyki, jest samo w sobie niezwykłe. Jej geneza może być jednak nawet bardziej fascynująca, ponieważ astronomowie sugerują, jakoby nie dotarła tam z zewnątrz, ale powstała na miejscu. I to całkiem niedawno. Analizy spektroskopowe wskazują, że czarna dziura znajduje się dokładnie w centrum rozkładu prędkości otaczającego gazu. To silny argument za tym, że powstała ona lokalnie, a nie przemieściła się z innego miejsca. Naukowcy podejrzewają również, że w całym układzie mogą istnieć aż trzy supermasywne czarne dziury – po jednej w każdym z pierwotnych jąder galaktycznych oraz ta nowo odkryta. Potwierdzenie tej hipotezy wymaga jednak dodatkowych obserwacji radiowych i spektroskopowych.
Alternatywa dla tradycyjnych teorii
Odkrycie może potwierdzać mniej popularny model powstawania supermasywnych czarnych dziur, znany jako teoria bezpośredniego kolapsu. Powszechnie akceptowane założenie sugeruje, iż małe czarne dziury powstałe z zapadających się gwiazdy rosną przez miliardy lat poprzez łączenie się z innymi tego typu obiektami. Problem w tym, że Teleskop Webba już wcześniej wykrył supermasywne czarne dziury istniejące we wszechświecie zbyt wcześnie, by zdążyły powstać w ten powolny sposób. Wskazywało to na możliwość istnienia innych mechanizmów narodzin obiektów o tak wysokich masach. Galaktyka Nieskończoności może okazać się flagową przedstawicielką tego nowego mechanizmu. Zderzenie dwóch galaktyk bogatych w gaz i metale wywołało wstrząsy, które gwałtownie sprężyły gaz między ich jądrami. Ekstremalne warunki, przejawiające się silnymi turbulencjami i wysokim ciśnieniem, mogły zahamować formowanie się gwiazd i umożliwić bezpośredni grawitacyjny kolaps w czarną dziurę.
Najnowsze ustalenia mogą mieć znaczenie dla badań nad młodym wszechświatem. Dokonane odkrycie odnosi się bowiem do tego, jak supermasywne czarne dziury mogły powstać zaskakująco krótko po Wielkim Wybuchu. Choć dziś kolizje galaktyk są rzadkie, podobne ekstremalne warunki były prawdopodobnie częstsze we wczesnym wszechświecie. I choć będzie potrzeba więcej dowodów w tej sprawie, to te zgromadzone dotychczas wspierają hipotezę o zaobserwowaniu nowo narodzonej supermasywnej czarnej dziury. My widzimy natomiast po raz kolejny, jak wiele zagadkowych mechanizmów wciąż kryje się przed ekspertami w dziedzinie astronomii.
czarna dziura
https://www.chip.pl/2025/07/chinski-iro ... -zolnierzy
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Tak brzmiał Jowisz, gdy przelatywała obok niego sonda Voyager 1
2025-07-27. Radek Kosarzycki
Kto by pomyślał, że nagrania sprzed 45 lat wciąż będą elektryzować naukowców? Zarejestrowane przez Voyagera 1 dane plazmowe z przelotu obok Jowisza w marcu 1979 roku wciąż dostarczają bezcennych informacji. Te fascynujące zapisy, powstałe gdy sonda przekraczała granicę magnetosfery gazowego olbrzyma, wciąż odsłaniają tajemnice najbardziej skomplikowanego systemu planetarnego w Układzie Słonecznym.
Nieoczekiwane spotkanie z królem planet
Gdy Voyager 1 zbliżał się do Jowisza, jego czujniki wychwyciły coś zaskakującego. Sonda przecięła wówczas obszar, w którym wiatr słoneczny emitowany przez Słońce zderza się z magnetosferą największej planety układu. Zjawisko to można porównać do fali uderzeniowej w ziemskiej atmosferze, tyle że rozgrywające się w kosmicznej próżni. Jak wyjaśniają badacze:
Jeśli planeta ma pole magnetyczne, wytworzy magnetosferę – region przestrzeni otaczający planetę, w którym to pole dominuje nad wiatrem słonecznym
Wiatr słoneczny, pędzący z prędkością około 400 km/s, zostaje tam gwałtownie spowolniony przez potężną magnetyczną tarczę Jowisza. Ta dynamiczna interakcja generuje fale plazmowe, które sonda przekształciła w słyszalny dźwięk.
Magnetyczny kolos w ruchu
Źródłem niezwykłej siły magnetycznej Jowisza jest jego wnętrze. Pod ekstremalnym ciśnieniem metaliczny wodór zachowuje się jak gigantyczny przewodnik elektryczny. Efekt? Magnetosfera od 16 do 54 razy potężniejsza od ziemskiej.
Skala tej struktury zapiera dech w piersiach. W stronę Słońca rozciąga się na ponad 3 miliony kilometrów, a w przeciwnym kierunku niemal sięga orbity Saturna. Gdyby była widoczna gołym okiem, wydawałaby się dwa razy większa niż tarcza Księżyca w pełni.
Kapryśna tarcza magnetyczna
Magnetosfera Jowisza nie jest statyczna. Jej rozmiary ulegają ciągłym zmianom w rytm aktywności wiatru słonecznego, co prowadzi do zaskakujących konsekwencji. Podczas cykli rozszerzania i kurczenia uwalniana energia może nagrzać obszar porównywalny z czwartą częścią planety. Co ciekawe, takie pulsacje mogą występować nawet kilka razy w ciągu miesiąca.
Zmienność ta zaskoczyła naukowców. Gdy w 1974 roku do Jowisza dotarły sondy Pioneer 10 i 11, magnetosfera była maksymalnie rozszerzona. Pięć lat później Voyager 1 zarejestrował ją znacznie mniejszą z powodu wzmożonego wiatru słonecznego. To dobitnie pokazuje, jak bardzo nasze rozumienie kosmicznych procesów zależy od momentu obserwacji.
Aktualność mimo upływu czasu
Choć minęło już niemal pół wieku, zapisy Voyagera nie straciły na wartości. Misja Juno, która dotarła do Jowisza w 2016 roku, potwierdziła wcześniejsze ustalenia, ale też ujawniła dodatkowe zawiłości magnetosfery. Jak słusznie zauważają badacze:
Jowisz to ekstremalny świat, a zrozumienie jego zachowania magnetycznego jest fundamentalne dla poznania tej planety i wielu innych światów w całym wszechświecie
Odkrycia nowych typów fal plazmowych wciąż poszerzają naszą wiedzę. Ed Stone, główny naukowiec misji Voyager, przyznaje:
To była niezwykła podróż. Ciągle odkrywamy rzeczy, o których nikt nie sądził, że je kiedykolwiek odkryjemy
Kosmiczna współzależność
Magnetosfera Jowisza głęboko oddziałuje na jego księżyce, szczególnie na Io. Ten wulkaniczny glob zasila pole magnetyczne planety materią w tempie tony na sekundę. Dostarczana przez niego materia potrafi podwoić naturalny zasięg magnetosfery.
Efektem są potężne prądy elektryczne płynące między Io a Jowiszem o mocy około 2 terawatów – porównywalnej z całkowitym globalnym zapotrzebowaniem ludzkości na energię. To niezwykły przykład kosmicznej synergii.
Co dalej z legendarną misją?
Dane z Voyagera 1 nadal napływają na Ziemię. Sondy powinny utrzymać łączność do około 2030 roku, o ile wytrzymają ich radioizotopowe generatory. Choć technologia sprzed pół wieku budzi dziś uśmiech, trwałość tych sond kosmicznych to prawdziwy hołd dla jej twórców. Te 45-letnie zapisy z Jowisza to nie relikt przeszłości, lecz wciąż żywe źródło kosmicznych rewelacji.
https://www.focus.pl/artykul/chiny-obse ... nu-przelom
2025-07-27. Radek Kosarzycki
Kto by pomyślał, że nagrania sprzed 45 lat wciąż będą elektryzować naukowców? Zarejestrowane przez Voyagera 1 dane plazmowe z przelotu obok Jowisza w marcu 1979 roku wciąż dostarczają bezcennych informacji. Te fascynujące zapisy, powstałe gdy sonda przekraczała granicę magnetosfery gazowego olbrzyma, wciąż odsłaniają tajemnice najbardziej skomplikowanego systemu planetarnego w Układzie Słonecznym.
Nieoczekiwane spotkanie z królem planet
Gdy Voyager 1 zbliżał się do Jowisza, jego czujniki wychwyciły coś zaskakującego. Sonda przecięła wówczas obszar, w którym wiatr słoneczny emitowany przez Słońce zderza się z magnetosferą największej planety układu. Zjawisko to można porównać do fali uderzeniowej w ziemskiej atmosferze, tyle że rozgrywające się w kosmicznej próżni. Jak wyjaśniają badacze:
Jeśli planeta ma pole magnetyczne, wytworzy magnetosferę – region przestrzeni otaczający planetę, w którym to pole dominuje nad wiatrem słonecznym
Wiatr słoneczny, pędzący z prędkością około 400 km/s, zostaje tam gwałtownie spowolniony przez potężną magnetyczną tarczę Jowisza. Ta dynamiczna interakcja generuje fale plazmowe, które sonda przekształciła w słyszalny dźwięk.
Magnetyczny kolos w ruchu
Źródłem niezwykłej siły magnetycznej Jowisza jest jego wnętrze. Pod ekstremalnym ciśnieniem metaliczny wodór zachowuje się jak gigantyczny przewodnik elektryczny. Efekt? Magnetosfera od 16 do 54 razy potężniejsza od ziemskiej.
Skala tej struktury zapiera dech w piersiach. W stronę Słońca rozciąga się na ponad 3 miliony kilometrów, a w przeciwnym kierunku niemal sięga orbity Saturna. Gdyby była widoczna gołym okiem, wydawałaby się dwa razy większa niż tarcza Księżyca w pełni.
Kapryśna tarcza magnetyczna
Magnetosfera Jowisza nie jest statyczna. Jej rozmiary ulegają ciągłym zmianom w rytm aktywności wiatru słonecznego, co prowadzi do zaskakujących konsekwencji. Podczas cykli rozszerzania i kurczenia uwalniana energia może nagrzać obszar porównywalny z czwartą częścią planety. Co ciekawe, takie pulsacje mogą występować nawet kilka razy w ciągu miesiąca.
Zmienność ta zaskoczyła naukowców. Gdy w 1974 roku do Jowisza dotarły sondy Pioneer 10 i 11, magnetosfera była maksymalnie rozszerzona. Pięć lat później Voyager 1 zarejestrował ją znacznie mniejszą z powodu wzmożonego wiatru słonecznego. To dobitnie pokazuje, jak bardzo nasze rozumienie kosmicznych procesów zależy od momentu obserwacji.
Aktualność mimo upływu czasu
Choć minęło już niemal pół wieku, zapisy Voyagera nie straciły na wartości. Misja Juno, która dotarła do Jowisza w 2016 roku, potwierdziła wcześniejsze ustalenia, ale też ujawniła dodatkowe zawiłości magnetosfery. Jak słusznie zauważają badacze:
Jowisz to ekstremalny świat, a zrozumienie jego zachowania magnetycznego jest fundamentalne dla poznania tej planety i wielu innych światów w całym wszechświecie
Odkrycia nowych typów fal plazmowych wciąż poszerzają naszą wiedzę. Ed Stone, główny naukowiec misji Voyager, przyznaje:
To była niezwykła podróż. Ciągle odkrywamy rzeczy, o których nikt nie sądził, że je kiedykolwiek odkryjemy
Kosmiczna współzależność
Magnetosfera Jowisza głęboko oddziałuje na jego księżyce, szczególnie na Io. Ten wulkaniczny glob zasila pole magnetyczne planety materią w tempie tony na sekundę. Dostarczana przez niego materia potrafi podwoić naturalny zasięg magnetosfery.
Efektem są potężne prądy elektryczne płynące między Io a Jowiszem o mocy około 2 terawatów – porównywalnej z całkowitym globalnym zapotrzebowaniem ludzkości na energię. To niezwykły przykład kosmicznej synergii.
Co dalej z legendarną misją?
Dane z Voyagera 1 nadal napływają na Ziemię. Sondy powinny utrzymać łączność do około 2030 roku, o ile wytrzymają ich radioizotopowe generatory. Choć technologia sprzed pół wieku budzi dziś uśmiech, trwałość tych sond kosmicznych to prawdziwy hołd dla jej twórców. Te 45-letnie zapisy z Jowisza to nie relikt przeszłości, lecz wciąż żywe źródło kosmicznych rewelacji.
https://www.focus.pl/artykul/chiny-obse ... nu-przelom
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Czy ludzie opuszczą Układ Słoneczny? Możemy być do tego zmuszeni
2025-07-27. Krzysztof Sulikowski
Ludzie eksplorują kosmos już prawie od 70 lat, ale jedynie mikroskopijny ułamek naszych obiektów opuścił lub w najbliższych latach opuści Układ Słoneczny. Takie doniesienia bywały sprzeczne, jako że są różne definicje tego, gdzie jest granica Układu Słonecznego. Wydaje się, że dopiero zwiedzamy najbliższą okolicę. Czy ludzie zrobią w końcu ten krok i wyślą misje kosmiczne poza nasz układ planetarny? A może polecą tam sami? O ile dziś jest cała masa wyzwań, przez które jesteśmy dosłownie uziemieni, o tyle w przyszłości podróże międzygwiezdne mogą okazać się koniecznością. Jakie są obecnie perspektywy? Czy zdołamy kiedykolwiek wylecieć poza nasze sąsiednie planety?
Voyager 1 i Voyager 2 to jedyne ludzkie obiekty, które wyleciały poza Układ Słoneczny
Ludzka eksploracja kosmosu zaczęła się w 1957 roku od wystrzelenia przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity - Sputnik 1. Cztery lata później odbył się pierwszy lot człowieka po orbicie okołoziemskiej. Tym pierwszym kosmonautą był Jurij Gagarin. W pamiętnym 1969 roku miało miejsce pierwsze lądowanie ludzi na Księżycu - misja Apollo 11 z Neilem Armstrongiem, Michaelem Collinsem i Buzzen Aldrinem z USA. Kolejne dekady to dalszy wyścig zimnowojennych mocarstw o to, kto zrobi coś jako pierwszy albo poleci dalej. Wydawałoby się, że ponad pół wieku później ludzkie pojazdy będą już latać coraz dalej, ale nie do końca tak się to potoczyło.
Mimo że przez ostatnie dziesięciolecia podjęto się realizacji ponad 6,5 tysiąca misji kosmicznych, to większość z nich zakończyła swoją trasę na orbicie okołoziemskiej. Są co prawda sondy, które poleciały dalej, ale jest ich stosunkowo niewiele. Najdalej jak dotąd zawędrowały sondy Voyager 1 i Voyager 2 (wystrzelone w 1977 r.). Dziś ten pierwszy jest najdalszym od Ziemi obiektem stworzonym przez człowieka, a dzieląca nas odległość stale rośnie.
Voyager 1 przekroczył heliopauzę (121 AU) w 2012 roku i jako pierwszy opuścił Układ Słoneczny. Heliosferę opuścił także Voyager 2 (119 AU) w 2018 roku. Heliopauza stanowi granicę heliosfery, w której wiatr słoneczny zanika i zaczyna się przestrzeń międzygwiezdna. Jest to jednak granica umowna. Nie ma bowiem pojedynczej linii, która oddzielałaby Układ Słoneczny od reszty kosmosu.
Warto także wspomnieć o sondzie Pioneer 10, wystrzelonej w 1972 r., która opuściła wewnętrzny Układ Słoneczny w 1983 roku, przekraczając orbitę Neptuna oraz Pas Kuipera i lecąc dalej. Z sondą całkowicie utracono kontakt w 2003 roku. A czy inne ludzkie obiekty opuszczą jeszcze Układ Słoneczny?
"Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to uczyni to sonda New Horizons, ale zajmie jej to jeszcze około 18 lat. W tej chwili znajduje się w odległości około 65 AU od Słońca i bada obiekty Pasa Kuipera. W tym wszystkim jest tylko jeden poważny problem - podpisana przez Donalda Trumpa ustawa budżetowa prawdopodobnie skasuje finansowanie dla New Horizons. A jeśli sonda zostanie wyłączona, będą małe szanse na ponowne jej uruchomienie" - zwraca uwagę Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka, rzeczniczka prasowa Centrum Badań Kosmicznych PAN, dziennikarka i autorka książek o tematyce kosmicznej, z którą rozmawiałem.
Pas Kuipera, heliopauza i Obłok Oorta. Gdzie jest granica Układu Słonecznego?
Przewiduje się, że Voyager 1 wleci w Obłok Oorta za około 230-300 lat i będzie go przemierzał nawet 30 tysięcy lat. Rzecz w tym, że Obłok Oorta bywa uznawany za część Układu Słonecznego. Dlaczego zatem podano, że Voyager 1 opuścił nasz układ planetarny, skoro jeszcze tam nie doleciał? Wynika to z różnych definicji granic Układu Słonecznego.
Gdzie leży granica Układu Słonecznego? To kwestia umowna. No więc jak się umawiamy? Najbardziej zawężone ujęcie jako granicę wyznacza Pas Kuipera. Druga z definicji przyjmuje, że koniec Układu Słonecznego stanowi heliopauza, czyli granica heliosfery. Przypomina ona bańkę, w której rozchodzi się gorący wiatr słoneczny. Na jej obrzeżach występuje szok końcowy, obszar zwalniania prędkości wiatru słonecznego, kończący się wspomnianą heliopauzą. Obłok Oorta to z kolei najbardziej wysunięty pas Układu Słonecznego pod względem oddziaływania grawitacyjnego Słońca. Ma on szerokość nawet 100 tys. jednostek AU i według trzeciej definicji to wraz z nim kończy się Układ Słoneczny.
"Hipotetyczny Obłok Oorta formalnie znajduje się poza naszym układem planetarnym, gdyż jego ciała są bardzo słabo związane z grawitacyjnym oddziaływaniem Słońca. Obaj gwiezdni wędrowcy znajdują się od dawna poza heliopauzę, czyli granicą oddziaływania wiatru słonecznego. Czyli jak najbardziej przemieszczają się przez obszar międzygwiezdny. Oba Voyagery, sondy o wyjątkowo prostej konstrukcji - patrząc z naszej współczesnej perspektywy - tworzą historię. Dotarły tam, gdzie jeszcze żadne ludzkie urządzenia nie dotarły. Ale pamiętajmy też, ile im to zajęło" - wyjaśnia Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.
Można zatem powiedzieć, że Voyager 1 i 2 przemierzyły Pas Kuipera, a następnie opuściły Układ Słoneczny w znaczeniu heliosfery, lecz nie wydostały się jeszcze spoza obszaru wpływu grawitacyjnego Słońca, który kończy się na Obłoku Oorta. W tym najszerszym, grawitacyjnym ujęciu żaden ludzki obiekt nie wydostał się jeszcze poza Układ Słoneczny.
Istnieją jeszcze inne wytwory ludzkiej działalności, które opuściły Układ Słoneczny. Nie są to jednak "obiekty" posiadające masę, lecz fale radiowe i telewizyjne, które poruszają się z prędkością światła. Najstarsze z tych sygnałów, wyemitowane z Ziemi na początku XX wieku, o ile przebiły się przez jonosferę, pokonały już dystans ok. 90-100 lat świetlnych. To najodleglejsze ślady naszej ludzkiej cywilizacji. Podobnie jak światło widzialne są to fale elektromagnetyczne o różnych częstotliwościach i długościach. Światło jednak szybciej ulega absorpcji i rozproszeniu, przez co jego zasięg jest mniejszy. Fotony co prawda mogą lecieć w nieskończoność, dopóki nie zostaną zaabsorbowane lub rozproszone, ale światło z Ziemi szybko przestaje być wykrywalne na tle naturalnego promieniowania kosmicznego. Dlatego też sztuczne światło wyemitowane przez człowieka nie pokonuje takich odległości jak właśnie sygnały radiowe.
Dopiero zwiedzamy okolicę. Gdzie najdalej dotarł człowiek w kosmosie?
W przypadku misji z lądowaniem na obcych ciałach pozaziemskich też nie dolecieliśmy specjalnie daleko. Bezzałogowe misje kosmiczne wylądowały m.in. na Księżycu, Marsie, Wenus, Merkurym, Tytanie i paru innych księżycach, asteroidach czy kometach. Spośród nich najbardziej oddalonym od Ziemi obiektem jest Tytan, największy księżyc Saturna. Na jego powierzchni w 2005 roku wylądowała misja Huygens obsługiwana przez ESA.
Ludzie z kolei najdalej dolecieli na Księżyc, a w planach na najbliższe lata są misje załogowe na Marsa, którego Elon Musk chciałby terraformować i kolonizować. Można więc rzec, że dopiero zwiedzamy okolicę. Niewykluczone jednak, że w przyszłości opuścimy nasze bliskie sąsiedztwo i wylecimy dalej, by wylądować na obcych planetach i księżycach. Jest to jednak olbrzymie wyzwanie pod chyba każdym możliwym względem - technologicznym, logistycznym, czasowym i finansowym. Co nam stoi na przeszkodzie?
Weźmy na przykład hipotetyczną, bezpowrotną misję bezzałogową na Sednę, planetę karłowatą w Obłoku Oorta. Lot na nią (tak by dolecieć w dogodnym czasie, gdy na swojej orbicie będzie znajdować się najbliżej Słońca) przy użyciu dzisiejszych napędów trwałby 30 lat. Gdyby zastosować bezpośredni napęd fuzyjny (Direct Fusion Drive - DFD) podróż mogłaby trwać już tylko 10 lat. Tej technologii nie użyto jednak jeszcze do lotów kosmicznych. Póki co jest ona rozwijana w laboratoriach. Zakłada się jednak, że to właśnie silnik na syntezę jądrową oraz żagle słoneczne pozwolą ludzkim pojazdom przemierzać znaczne odległości w rozsądnym (jak na ludzkie standardy) czasie.
Mówimy tu jednak wciąż o odległościach rzędu np. 76,19 AU (11,4 mld km - tyle dzieli Sednę od Słońca w jej peryhelium). Hipotetyczne podróże poza Obłok Oorta trwałyby o wiele dłużej i mogłyby przekraczać długość życia człowieka. Bez jeszcze lepszego napędu albo hibernacji rodem z science-fiction taka podróż dla ludzi nie miałaby sensu.
Po co mielibyśmy lecieć poza Układ Słoneczny?
Czas i przestrzeń, do jakich przywykliśmy na Ziemi, mają się nijak ogromu wszechświata. Żyjemy kilkadziesiąt, maksymalnie 122 lata, a gdybyśmy wybrali się w podróż dookoła świata po równiku, to przemierzylibyśmy 40 075 km. Zewnętrzna krawędź Obłoku Oorta znajduje się 7,5-30 bilionów kilometrów od Słońca, a to dopiero niecała połowa drogi na następnej najbliższej gwiazdy. Proxima Centauri jest bowiem położona ok. 40,09 bln km od Słońca.
Sam zaś Układ Słoneczny jest zaledwie małym punkcikiem w skali kosmicznej. Gdyby nasza galaktyka Droga Mleczna była wielkości dużego miasta, to Układ Słoneczny byłby wielkości ziarenka piasku. Dla nas jest olbrzymi, ale na mapie galaktyki to drobinka. W samym zaś obserwowalnym wszechświecie jest około 2 bilionów galaktyk, które w dodatku się od siebie oddalają wraz z rozszerzaniem się wszechświata.
Są jednak głosy, że powinniśmy opuścić Ziemię, a nawet Układ Słoneczny, aby zapewnić przetrwanie gatunku ludzkiego. Jako na konieczną drogę wskazywał na to choćby Stephen Hawking. Znamy też scenariusze z filmów science fiction, takich jak Interstellar (2014). Ziemi zagrażać mogą klęski żywiołowe, przeludnienie, brak surowców, pandemie, uderzenia asteroid czy rozbłyski supernowych. W końcu dojdzie do naturalnego wymierania życia na Ziemi z powodu zwiększania się jasności Słońca i temperatury na naszej planecie. Początek końca nastąpi za ok. 1-1,3 miliarda lat.
Z kolei za 5 mld lat Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma i wchłonie Merkurego oraz Wenus - dwie najbliższe planety. Możliwe, że puchnąca gwiazda pochłonie Ziemię, a na pewno wypali jej powierzchnię. W tych warunkach nie przetrwa żadna znana nam forma życia. Za 7-8 mld lat Słońce stanie się białym karłem, który będzie wolno ostygać. Układ Słoneczny już dawno nie będzie nadawał się do życia. Jeśli ludzkość będzie chciała przetrwać, będzie musiała uciekać na inne planety dużo wcześniej.
Gatunki powstają i wymierają od milionów lat. Człowiek rozumny jest tylko jednym z wielu, choć spośród wszystkich Ziemian osiągnął najwięcej. Jako prawdopodobnie jedyny zdolny jest do refleksji nad sensem własnego istnienia, rozszczepienia jądra atomowego, symbolicznego przekazywania wiedzy, stworzenia sztucznej inteligencji i lotu w kosmos. Inteligencja, instynkt samozachowawczy i megalomania "nagiej małpy z neurozą" każą nam walczyć o przetrwanie gatunku w unikalny sposób - poprzez opuszczenie rodzinnego domu i udanie się na obce planety. Nie znamy żadnej innej istoty, która by tego dokonała. Co prawda hipoteza panspermii zakłada, że życie nie powstało na Ziemi, lecz przybyło na nią z obcych planet (niewykluczone, że także zagrożonych zagładą), ale nie ma żadnych dowodów na jej potwierdzenie.
Czy ludziom uda się wydostać z Układu Słonecznego?
Homo sapiens kroczy po Ziemi od około 300 tysięcy lat. Jest niemal pewne, że za miliard lat już nas nie będzie - a przynajmniej nie w takiej formie. Ludzkość może spotkać wyginięcie, ewolucja, modyfikacja poprzez transhumanizm i inżynierię genetyczną, integracja ze sztuczną inteligencją, pozbycie się ciał biologicznych i wirtualizacja albo coś, czego jeszcze nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Możliwe jednak, że do czasu, gdy życie na Ziemi stanie się zagrożone, nasi następcy przetrwają i to oni będą musieli stąd uciekać. Tylko czy w ogóle jest szansa, że ludzie opuszczą kiedyś Układ Słoneczny?
"Oczywiście, że jest, tylko trudno określić, kiedy to się stanie. Wyprawy w odległy kosmos wymagają ogromnego skoku technologicznego. Potrzebowalibyśmy statków z napędem zdolnym przemieszczać się z prędkością przynajmniej kilku procent prędkości światła. Najwyższą prędkość do tej pory uzyskała sonda Parker Solar Probe, rozpędziła się do ok. 635 000 km/h (około 176 km/s), w przyszłości ma nawet przyspieszyć. Prędkość wydaje się ogromna, choć po przeliczeniu okazuje się, że to zaledwie 0,059% prędkości światła. Poza nowym napędem potrzebujemy też statków z dobrą ochroną przeciwko promieniowaniu kosmicznemu oraz posiadających sztuczną grawitację, bo ludzkie ciało potrzebuje grawitacji. Statki musiałyby być również znacznie większe, co wymagałoby budowania ich już na orbicie, a nie na Ziemi. Czyli potrzebowalibyśmy też stoczni orbitalnych i wysokiej robotyzacji zadań. Pozostają też kwestie psychologiczne - jak skonstruować załogę, która ma przed sobą bardzo długą i naprawdę niebezpieczną podróż dosłownie w nieznane. Być może powinny to być statki rodzinne, a nawet pokoleniowe. Oczywiście tych komplikacji jest mnóstwo, ale z drugiej strony jestem przekonana, że gdyby bracia Wright usłyszeli w 1903 roku, gdy odbyli swój pierwszy kilkunastosekundowy lot, że 118 lat później ludzkość zobaczy pierwszy lot nad Marsem, pewnie popukaliby się w czoło. Muszę jednak dodać, że jestem zwolenniczką eksploracji robotycznej. Sondy kosmiczne są relatywnie niedrogie, nie wymagają tlenu, pożywienia, a wysyłając je nie ryzykujemy ludzkiego życia" - powiedziała mi Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.
Zarówno ludzie przyszłości, jak i silna sztuczna inteligencja po osiągnięciu technologicznej osobliwości, będą mogli wynaleźć nowe sposoby ucieczki z Układu Słonecznego i podróży międzygwiezdnych. Przypomnijmy, że ludzie jeździli konno przez tysiąclecia, aż tu nagle w przeciągu wieku pojawiły się samochody, samoloty naddźwiękowe i rakiety kosmiczne.
Jeżeli postęp technologiczny nadal będzie rósł wykładniczo, to mogą w końcu nadejść przełomowe odkrycia, które pozwolą hakować czasoprzestrzeń, podróżować na wielkie odległości czy manipulować materią i energią na niewyobrażalne sposoby. Prawdopodobnie nasze wiedza o kosmosie, fizyce i nas samych to zaledwie promil tego, co da się jeszcze poznać. I pewnie w końcu sekrety naszego uniwersum (albo i multiwersum) zostaną odkryte... o ile wcześniej tych marzeń o podróży do gwiazd nie pogrzebie wirus, plaga, kosmiczna katastrofa albo nasza własna skłonność do autodestrukcji.
W kosmosie mogą być miliony planet nadających się do życia. Czy ludzie opuszczą kiedyś Układ Słoneczny i na nie polecą? 123RF/PICSEL
Voyager 1 znajduje się już daleko od planet Układu Słonecznego https://eyes.nasa.gov/apps/solar-system ... ager_1NASA
Układ Słoneczny i nasza najbliższa okolica w skali logarytmicznej. Trudno wyznaczyć ścisłą granicę Charles Carter/Keck Institute for Space Studies (2016, domena publiczna) materiał zewnętrzny
Człowiek na Księżycu. Dalej nikt nie doleciał, ale już za parę lat chcą wysłać ludzi na Marsa Domena publiczna Wikimedia Commons
Planety Układu Słonecznego nie przetrwają bez swojej macierzystej gwiazdy 123RF/PICSEL
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news ... d,22162883
2025-07-27. Krzysztof Sulikowski
Ludzie eksplorują kosmos już prawie od 70 lat, ale jedynie mikroskopijny ułamek naszych obiektów opuścił lub w najbliższych latach opuści Układ Słoneczny. Takie doniesienia bywały sprzeczne, jako że są różne definicje tego, gdzie jest granica Układu Słonecznego. Wydaje się, że dopiero zwiedzamy najbliższą okolicę. Czy ludzie zrobią w końcu ten krok i wyślą misje kosmiczne poza nasz układ planetarny? A może polecą tam sami? O ile dziś jest cała masa wyzwań, przez które jesteśmy dosłownie uziemieni, o tyle w przyszłości podróże międzygwiezdne mogą okazać się koniecznością. Jakie są obecnie perspektywy? Czy zdołamy kiedykolwiek wylecieć poza nasze sąsiednie planety?
Voyager 1 i Voyager 2 to jedyne ludzkie obiekty, które wyleciały poza Układ Słoneczny
Ludzka eksploracja kosmosu zaczęła się w 1957 roku od wystrzelenia przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity - Sputnik 1. Cztery lata później odbył się pierwszy lot człowieka po orbicie okołoziemskiej. Tym pierwszym kosmonautą był Jurij Gagarin. W pamiętnym 1969 roku miało miejsce pierwsze lądowanie ludzi na Księżycu - misja Apollo 11 z Neilem Armstrongiem, Michaelem Collinsem i Buzzen Aldrinem z USA. Kolejne dekady to dalszy wyścig zimnowojennych mocarstw o to, kto zrobi coś jako pierwszy albo poleci dalej. Wydawałoby się, że ponad pół wieku później ludzkie pojazdy będą już latać coraz dalej, ale nie do końca tak się to potoczyło.
Mimo że przez ostatnie dziesięciolecia podjęto się realizacji ponad 6,5 tysiąca misji kosmicznych, to większość z nich zakończyła swoją trasę na orbicie okołoziemskiej. Są co prawda sondy, które poleciały dalej, ale jest ich stosunkowo niewiele. Najdalej jak dotąd zawędrowały sondy Voyager 1 i Voyager 2 (wystrzelone w 1977 r.). Dziś ten pierwszy jest najdalszym od Ziemi obiektem stworzonym przez człowieka, a dzieląca nas odległość stale rośnie.
Voyager 1 przekroczył heliopauzę (121 AU) w 2012 roku i jako pierwszy opuścił Układ Słoneczny. Heliosferę opuścił także Voyager 2 (119 AU) w 2018 roku. Heliopauza stanowi granicę heliosfery, w której wiatr słoneczny zanika i zaczyna się przestrzeń międzygwiezdna. Jest to jednak granica umowna. Nie ma bowiem pojedynczej linii, która oddzielałaby Układ Słoneczny od reszty kosmosu.
Warto także wspomnieć o sondzie Pioneer 10, wystrzelonej w 1972 r., która opuściła wewnętrzny Układ Słoneczny w 1983 roku, przekraczając orbitę Neptuna oraz Pas Kuipera i lecąc dalej. Z sondą całkowicie utracono kontakt w 2003 roku. A czy inne ludzkie obiekty opuszczą jeszcze Układ Słoneczny?
"Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to uczyni to sonda New Horizons, ale zajmie jej to jeszcze około 18 lat. W tej chwili znajduje się w odległości około 65 AU od Słońca i bada obiekty Pasa Kuipera. W tym wszystkim jest tylko jeden poważny problem - podpisana przez Donalda Trumpa ustawa budżetowa prawdopodobnie skasuje finansowanie dla New Horizons. A jeśli sonda zostanie wyłączona, będą małe szanse na ponowne jej uruchomienie" - zwraca uwagę Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka, rzeczniczka prasowa Centrum Badań Kosmicznych PAN, dziennikarka i autorka książek o tematyce kosmicznej, z którą rozmawiałem.
Pas Kuipera, heliopauza i Obłok Oorta. Gdzie jest granica Układu Słonecznego?
Przewiduje się, że Voyager 1 wleci w Obłok Oorta za około 230-300 lat i będzie go przemierzał nawet 30 tysięcy lat. Rzecz w tym, że Obłok Oorta bywa uznawany za część Układu Słonecznego. Dlaczego zatem podano, że Voyager 1 opuścił nasz układ planetarny, skoro jeszcze tam nie doleciał? Wynika to z różnych definicji granic Układu Słonecznego.
Gdzie leży granica Układu Słonecznego? To kwestia umowna. No więc jak się umawiamy? Najbardziej zawężone ujęcie jako granicę wyznacza Pas Kuipera. Druga z definicji przyjmuje, że koniec Układu Słonecznego stanowi heliopauza, czyli granica heliosfery. Przypomina ona bańkę, w której rozchodzi się gorący wiatr słoneczny. Na jej obrzeżach występuje szok końcowy, obszar zwalniania prędkości wiatru słonecznego, kończący się wspomnianą heliopauzą. Obłok Oorta to z kolei najbardziej wysunięty pas Układu Słonecznego pod względem oddziaływania grawitacyjnego Słońca. Ma on szerokość nawet 100 tys. jednostek AU i według trzeciej definicji to wraz z nim kończy się Układ Słoneczny.
"Hipotetyczny Obłok Oorta formalnie znajduje się poza naszym układem planetarnym, gdyż jego ciała są bardzo słabo związane z grawitacyjnym oddziaływaniem Słońca. Obaj gwiezdni wędrowcy znajdują się od dawna poza heliopauzę, czyli granicą oddziaływania wiatru słonecznego. Czyli jak najbardziej przemieszczają się przez obszar międzygwiezdny. Oba Voyagery, sondy o wyjątkowo prostej konstrukcji - patrząc z naszej współczesnej perspektywy - tworzą historię. Dotarły tam, gdzie jeszcze żadne ludzkie urządzenia nie dotarły. Ale pamiętajmy też, ile im to zajęło" - wyjaśnia Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.
Można zatem powiedzieć, że Voyager 1 i 2 przemierzyły Pas Kuipera, a następnie opuściły Układ Słoneczny w znaczeniu heliosfery, lecz nie wydostały się jeszcze spoza obszaru wpływu grawitacyjnego Słońca, który kończy się na Obłoku Oorta. W tym najszerszym, grawitacyjnym ujęciu żaden ludzki obiekt nie wydostał się jeszcze poza Układ Słoneczny.
Istnieją jeszcze inne wytwory ludzkiej działalności, które opuściły Układ Słoneczny. Nie są to jednak "obiekty" posiadające masę, lecz fale radiowe i telewizyjne, które poruszają się z prędkością światła. Najstarsze z tych sygnałów, wyemitowane z Ziemi na początku XX wieku, o ile przebiły się przez jonosferę, pokonały już dystans ok. 90-100 lat świetlnych. To najodleglejsze ślady naszej ludzkiej cywilizacji. Podobnie jak światło widzialne są to fale elektromagnetyczne o różnych częstotliwościach i długościach. Światło jednak szybciej ulega absorpcji i rozproszeniu, przez co jego zasięg jest mniejszy. Fotony co prawda mogą lecieć w nieskończoność, dopóki nie zostaną zaabsorbowane lub rozproszone, ale światło z Ziemi szybko przestaje być wykrywalne na tle naturalnego promieniowania kosmicznego. Dlatego też sztuczne światło wyemitowane przez człowieka nie pokonuje takich odległości jak właśnie sygnały radiowe.
Dopiero zwiedzamy okolicę. Gdzie najdalej dotarł człowiek w kosmosie?
W przypadku misji z lądowaniem na obcych ciałach pozaziemskich też nie dolecieliśmy specjalnie daleko. Bezzałogowe misje kosmiczne wylądowały m.in. na Księżycu, Marsie, Wenus, Merkurym, Tytanie i paru innych księżycach, asteroidach czy kometach. Spośród nich najbardziej oddalonym od Ziemi obiektem jest Tytan, największy księżyc Saturna. Na jego powierzchni w 2005 roku wylądowała misja Huygens obsługiwana przez ESA.
Ludzie z kolei najdalej dolecieli na Księżyc, a w planach na najbliższe lata są misje załogowe na Marsa, którego Elon Musk chciałby terraformować i kolonizować. Można więc rzec, że dopiero zwiedzamy okolicę. Niewykluczone jednak, że w przyszłości opuścimy nasze bliskie sąsiedztwo i wylecimy dalej, by wylądować na obcych planetach i księżycach. Jest to jednak olbrzymie wyzwanie pod chyba każdym możliwym względem - technologicznym, logistycznym, czasowym i finansowym. Co nam stoi na przeszkodzie?
Weźmy na przykład hipotetyczną, bezpowrotną misję bezzałogową na Sednę, planetę karłowatą w Obłoku Oorta. Lot na nią (tak by dolecieć w dogodnym czasie, gdy na swojej orbicie będzie znajdować się najbliżej Słońca) przy użyciu dzisiejszych napędów trwałby 30 lat. Gdyby zastosować bezpośredni napęd fuzyjny (Direct Fusion Drive - DFD) podróż mogłaby trwać już tylko 10 lat. Tej technologii nie użyto jednak jeszcze do lotów kosmicznych. Póki co jest ona rozwijana w laboratoriach. Zakłada się jednak, że to właśnie silnik na syntezę jądrową oraz żagle słoneczne pozwolą ludzkim pojazdom przemierzać znaczne odległości w rozsądnym (jak na ludzkie standardy) czasie.
Mówimy tu jednak wciąż o odległościach rzędu np. 76,19 AU (11,4 mld km - tyle dzieli Sednę od Słońca w jej peryhelium). Hipotetyczne podróże poza Obłok Oorta trwałyby o wiele dłużej i mogłyby przekraczać długość życia człowieka. Bez jeszcze lepszego napędu albo hibernacji rodem z science-fiction taka podróż dla ludzi nie miałaby sensu.
Po co mielibyśmy lecieć poza Układ Słoneczny?
Czas i przestrzeń, do jakich przywykliśmy na Ziemi, mają się nijak ogromu wszechświata. Żyjemy kilkadziesiąt, maksymalnie 122 lata, a gdybyśmy wybrali się w podróż dookoła świata po równiku, to przemierzylibyśmy 40 075 km. Zewnętrzna krawędź Obłoku Oorta znajduje się 7,5-30 bilionów kilometrów od Słońca, a to dopiero niecała połowa drogi na następnej najbliższej gwiazdy. Proxima Centauri jest bowiem położona ok. 40,09 bln km od Słońca.
Sam zaś Układ Słoneczny jest zaledwie małym punkcikiem w skali kosmicznej. Gdyby nasza galaktyka Droga Mleczna była wielkości dużego miasta, to Układ Słoneczny byłby wielkości ziarenka piasku. Dla nas jest olbrzymi, ale na mapie galaktyki to drobinka. W samym zaś obserwowalnym wszechświecie jest około 2 bilionów galaktyk, które w dodatku się od siebie oddalają wraz z rozszerzaniem się wszechświata.
Są jednak głosy, że powinniśmy opuścić Ziemię, a nawet Układ Słoneczny, aby zapewnić przetrwanie gatunku ludzkiego. Jako na konieczną drogę wskazywał na to choćby Stephen Hawking. Znamy też scenariusze z filmów science fiction, takich jak Interstellar (2014). Ziemi zagrażać mogą klęski żywiołowe, przeludnienie, brak surowców, pandemie, uderzenia asteroid czy rozbłyski supernowych. W końcu dojdzie do naturalnego wymierania życia na Ziemi z powodu zwiększania się jasności Słońca i temperatury na naszej planecie. Początek końca nastąpi za ok. 1-1,3 miliarda lat.
Z kolei za 5 mld lat Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma i wchłonie Merkurego oraz Wenus - dwie najbliższe planety. Możliwe, że puchnąca gwiazda pochłonie Ziemię, a na pewno wypali jej powierzchnię. W tych warunkach nie przetrwa żadna znana nam forma życia. Za 7-8 mld lat Słońce stanie się białym karłem, który będzie wolno ostygać. Układ Słoneczny już dawno nie będzie nadawał się do życia. Jeśli ludzkość będzie chciała przetrwać, będzie musiała uciekać na inne planety dużo wcześniej.
Gatunki powstają i wymierają od milionów lat. Człowiek rozumny jest tylko jednym z wielu, choć spośród wszystkich Ziemian osiągnął najwięcej. Jako prawdopodobnie jedyny zdolny jest do refleksji nad sensem własnego istnienia, rozszczepienia jądra atomowego, symbolicznego przekazywania wiedzy, stworzenia sztucznej inteligencji i lotu w kosmos. Inteligencja, instynkt samozachowawczy i megalomania "nagiej małpy z neurozą" każą nam walczyć o przetrwanie gatunku w unikalny sposób - poprzez opuszczenie rodzinnego domu i udanie się na obce planety. Nie znamy żadnej innej istoty, która by tego dokonała. Co prawda hipoteza panspermii zakłada, że życie nie powstało na Ziemi, lecz przybyło na nią z obcych planet (niewykluczone, że także zagrożonych zagładą), ale nie ma żadnych dowodów na jej potwierdzenie.
Czy ludziom uda się wydostać z Układu Słonecznego?
Homo sapiens kroczy po Ziemi od około 300 tysięcy lat. Jest niemal pewne, że za miliard lat już nas nie będzie - a przynajmniej nie w takiej formie. Ludzkość może spotkać wyginięcie, ewolucja, modyfikacja poprzez transhumanizm i inżynierię genetyczną, integracja ze sztuczną inteligencją, pozbycie się ciał biologicznych i wirtualizacja albo coś, czego jeszcze nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Możliwe jednak, że do czasu, gdy życie na Ziemi stanie się zagrożone, nasi następcy przetrwają i to oni będą musieli stąd uciekać. Tylko czy w ogóle jest szansa, że ludzie opuszczą kiedyś Układ Słoneczny?
"Oczywiście, że jest, tylko trudno określić, kiedy to się stanie. Wyprawy w odległy kosmos wymagają ogromnego skoku technologicznego. Potrzebowalibyśmy statków z napędem zdolnym przemieszczać się z prędkością przynajmniej kilku procent prędkości światła. Najwyższą prędkość do tej pory uzyskała sonda Parker Solar Probe, rozpędziła się do ok. 635 000 km/h (około 176 km/s), w przyszłości ma nawet przyspieszyć. Prędkość wydaje się ogromna, choć po przeliczeniu okazuje się, że to zaledwie 0,059% prędkości światła. Poza nowym napędem potrzebujemy też statków z dobrą ochroną przeciwko promieniowaniu kosmicznemu oraz posiadających sztuczną grawitację, bo ludzkie ciało potrzebuje grawitacji. Statki musiałyby być również znacznie większe, co wymagałoby budowania ich już na orbicie, a nie na Ziemi. Czyli potrzebowalibyśmy też stoczni orbitalnych i wysokiej robotyzacji zadań. Pozostają też kwestie psychologiczne - jak skonstruować załogę, która ma przed sobą bardzo długą i naprawdę niebezpieczną podróż dosłownie w nieznane. Być może powinny to być statki rodzinne, a nawet pokoleniowe. Oczywiście tych komplikacji jest mnóstwo, ale z drugiej strony jestem przekonana, że gdyby bracia Wright usłyszeli w 1903 roku, gdy odbyli swój pierwszy kilkunastosekundowy lot, że 118 lat później ludzkość zobaczy pierwszy lot nad Marsem, pewnie popukaliby się w czoło. Muszę jednak dodać, że jestem zwolenniczką eksploracji robotycznej. Sondy kosmiczne są relatywnie niedrogie, nie wymagają tlenu, pożywienia, a wysyłając je nie ryzykujemy ludzkiego życia" - powiedziała mi Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.
Zarówno ludzie przyszłości, jak i silna sztuczna inteligencja po osiągnięciu technologicznej osobliwości, będą mogli wynaleźć nowe sposoby ucieczki z Układu Słonecznego i podróży międzygwiezdnych. Przypomnijmy, że ludzie jeździli konno przez tysiąclecia, aż tu nagle w przeciągu wieku pojawiły się samochody, samoloty naddźwiękowe i rakiety kosmiczne.
Jeżeli postęp technologiczny nadal będzie rósł wykładniczo, to mogą w końcu nadejść przełomowe odkrycia, które pozwolą hakować czasoprzestrzeń, podróżować na wielkie odległości czy manipulować materią i energią na niewyobrażalne sposoby. Prawdopodobnie nasze wiedza o kosmosie, fizyce i nas samych to zaledwie promil tego, co da się jeszcze poznać. I pewnie w końcu sekrety naszego uniwersum (albo i multiwersum) zostaną odkryte... o ile wcześniej tych marzeń o podróży do gwiazd nie pogrzebie wirus, plaga, kosmiczna katastrofa albo nasza własna skłonność do autodestrukcji.
W kosmosie mogą być miliony planet nadających się do życia. Czy ludzie opuszczą kiedyś Układ Słoneczny i na nie polecą? 123RF/PICSEL
Voyager 1 znajduje się już daleko od planet Układu Słonecznego https://eyes.nasa.gov/apps/solar-system ... ager_1NASA
Układ Słoneczny i nasza najbliższa okolica w skali logarytmicznej. Trudno wyznaczyć ścisłą granicę Charles Carter/Keck Institute for Space Studies (2016, domena publiczna) materiał zewnętrzny
Człowiek na Księżycu. Dalej nikt nie doleciał, ale już za parę lat chcą wysłać ludzi na Marsa Domena publiczna Wikimedia Commons
Planety Układu Słonecznego nie przetrwają bez swojej macierzystej gwiazdy 123RF/PICSEL
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news ... d,22162883
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Postępy Europy w przygotowaniach do misji ExoMars
2025-07-27. Mateusz Mitkow
Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) poinformowała o kolejnych postępach w przygotowaniach do misji ExoMars. Ważny udział w tym projekcie mają również Polacy.
Aktualizacja przygotowań do misji ExoMars dotyczyła próby, w ramach której przetestowano system spadochronowy, a więc kluczowy element do bezpiecznego lądowania na Czerwonej Planecie. Test zakończył się sukcesem. „Z przyjemnością potwierdzamy, że opracowaliśmy projekt spadochronu, który może działać na Marsie.” - opisano w komunikacie.
Zespół inżynierów z ESA wykorzystał do tego stratosferyczny balon wypełniony helem, aby wynieść atrapę modułu lądującego i wypuścił ją nad kołem podbiegunowym na wysokości prawie 30 km nad Ziemią. Kapsuła zaczęła swobodnie opadać przez około 20 sekund, osiągając niemal prędkość dźwięku. Następnie otworzyły się dwa duże spadochrony, które umożliwiły powrót na Ziemię.
Tego typu próby na dużej wysokości wymagają odpowiedniej logistyki i surowych warunków pogodowych. Dlatego opisywany test został przeprowadzony w Centrum Kosmicznym Esrange należącym do Szwedzkiej Korporacji Kosmicznej w Kirunie, na północy Szwecji.
W komunikacie podkreślono, że połączenie prędkości i niskiej gęstości atmosfery w tym teście było dokładnie takie samo, jak w przypadku warunków, z którymi system spadochronów będzie musiał zmierzyć w trakcie lądowania na Marsie. „Testowanie na Ziemi to sposób na zdobycie pewności i potwierdzenie, że wszystkie elementy działają zgodnie z oczekiwaniami” - wyjaśnił Luca Ferracina, jeden z inżynierów projektu.
Kluczowa technologia
System do misji ExoMars wykorzystuje dwa główne spadochrony. Pierwszy z nich o średnicy 15 m zostanie wykorzystany do wyhamowania przy prędkości od ~21 000 km/h do około 400 km/h. Drugi z nich, o średnicy 35 m, spowolni moduł do bezpiecznej prędkości przed odpaleniem układu napędowego, który wyhamuje na 20 sekund przed zetknięciem z powierzchnią Marsa.
Należy zauważyć, że w trakcie misji spadochron o średnicy 35 m stanie się największą tego typu konstrukcją w historii, jaka kiedykolwiek została wykorzystana na Marsie lub w jakimkolwiek innym miejscu w Układzie Słonecznym poza Ziemią.
Lądowanie na Marsie to moment krytyczny dla całej misji ExoMars. W ciągu zaledwie sześciu minut moduł będzie musiał zwolnić z prędkości 21 000 km/h, aby umożliwić miękkie lądowanie i tym samym nie uszkodzić najważniejszego ładunku, a więc łazika Rosalind Franklin, który będzie eksplorować powierzchnię Marsa.
Polski wkład w misję
Prace w zakresie projektu ExoMars, które zakładają wysłanie pierwszego europejskiego łazika na Marsa, trwają od blisko 15 lat. Początkowo Europejska Agencja Kosmiczna współpracowała w tym zakresie z rosyjską agencją Roskosmos. Atak Rosji na Ukrainę w 2022 r. i tym samym zatrzymanie współpracy pomiędzy agencjami postawiły misję pod znakiem zapytania.
Rosjanie mieli bowiem dostarczyć całą platformę do lądowania łazika oraz zająć się obsługą procesu lądowania. Rolę Rosjan przejęła częściowo firma Airbus, która zobowiązała się zaprojektować i zbudować platformę lądującą wraz z podwoziem i układem napędowym, który zostanie uruchomiony w ostatniej fazie opadania w celu wyhamowania konstrukcji.
Warto jednak zauważyć, że dużą część projektu realizuje polska spółka Astronika, której inżynierowie otrzymali jedno z kluczowych zadań – są odpowiedzialni za budowę systemu, po którym łazik bezpiecznie zjedzie z lądownika na powierzchnię Marsa. System EGRESS składa się z czterech zmechanizowanych ramp, które muszą dokonać precyzyjnego otwarcia i zapewnić łazikowi Rosalind Franklin bezpieczny zjazd i rozpoczęcie eksploracji.
„Nasz system musi być absolutnie niezawodny. Od jego poprawnego działania zależy powodzenie całej misji. Bez nas łazik nie rozpocznie podróży po Czerwonej Planecie.” - opisał Maksymilian Gawin, kierownik projektu. Polscy inżynierowie z firmy Astronika przygotują też wysięgnik anteny komunikacyjnej.
Program ExoMars
Wysłanie łazika na powierzchnię Marsa to kolejny krok w całym projekcie Europejskiej Agencji Kosmicznej. W 2016 r. w stronę Czerwonej Planety wystrzelono sprzęt pierwszej fazy wyprawy - sondę Trace Gas Orbiter (TGO) oraz lądownik Schiaparelli, który jednak uległ zniszczeniu podczas próby lądowania.
Zadaniem TGO jest w głównej mierze poszukiwanie gazów, w tym głównie metanu, w atmosferze Marsa. Sonda wciąż posiada duży zapas paliwa, dzięki czemu jej żywotność zostanie wydłużona na potrzeby misji ExoMars 2028, której start jest na ten moment planowany w 2028 r. Lądowanie na Czerwonej Planecie będzie mogło dzięki temu dojść do skutku w 2030 r.
Zadaniem łazika Rosalind Franklin będzie poszukiwanie śladów życia na Marsie. W tym celu łazik będzie przemierzać Czerwoną Planetę i przy pomocy specjalnego wiertła pobierać próbki powierzchni do analizy (pochodzące z głębokości do 2 metrów).
System spadochronów do misji ExoMars w trakcie testów w Szwecji.
Autor. ESA
Sekwencja działania spadochronów w trakcie misji ExoMars.
Autor. ESA
Airbus dostarczy kluczowe podsystemy do lądownika marsjańskiego w ramach europejskiej misji ExoMars. Wyboru dokonali Thales Alenia Space i Europejska Agencja Kosmiczną.
Autor. Airbus
SPACE24
https://space24.pl/pojazdy-kosmiczne/so ... ji-exomars
2025-07-27. Mateusz Mitkow
Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) poinformowała o kolejnych postępach w przygotowaniach do misji ExoMars. Ważny udział w tym projekcie mają również Polacy.
Aktualizacja przygotowań do misji ExoMars dotyczyła próby, w ramach której przetestowano system spadochronowy, a więc kluczowy element do bezpiecznego lądowania na Czerwonej Planecie. Test zakończył się sukcesem. „Z przyjemnością potwierdzamy, że opracowaliśmy projekt spadochronu, który może działać na Marsie.” - opisano w komunikacie.
Zespół inżynierów z ESA wykorzystał do tego stratosferyczny balon wypełniony helem, aby wynieść atrapę modułu lądującego i wypuścił ją nad kołem podbiegunowym na wysokości prawie 30 km nad Ziemią. Kapsuła zaczęła swobodnie opadać przez około 20 sekund, osiągając niemal prędkość dźwięku. Następnie otworzyły się dwa duże spadochrony, które umożliwiły powrót na Ziemię.
Tego typu próby na dużej wysokości wymagają odpowiedniej logistyki i surowych warunków pogodowych. Dlatego opisywany test został przeprowadzony w Centrum Kosmicznym Esrange należącym do Szwedzkiej Korporacji Kosmicznej w Kirunie, na północy Szwecji.
W komunikacie podkreślono, że połączenie prędkości i niskiej gęstości atmosfery w tym teście było dokładnie takie samo, jak w przypadku warunków, z którymi system spadochronów będzie musiał zmierzyć w trakcie lądowania na Marsie. „Testowanie na Ziemi to sposób na zdobycie pewności i potwierdzenie, że wszystkie elementy działają zgodnie z oczekiwaniami” - wyjaśnił Luca Ferracina, jeden z inżynierów projektu.
Kluczowa technologia
System do misji ExoMars wykorzystuje dwa główne spadochrony. Pierwszy z nich o średnicy 15 m zostanie wykorzystany do wyhamowania przy prędkości od ~21 000 km/h do około 400 km/h. Drugi z nich, o średnicy 35 m, spowolni moduł do bezpiecznej prędkości przed odpaleniem układu napędowego, który wyhamuje na 20 sekund przed zetknięciem z powierzchnią Marsa.
Należy zauważyć, że w trakcie misji spadochron o średnicy 35 m stanie się największą tego typu konstrukcją w historii, jaka kiedykolwiek została wykorzystana na Marsie lub w jakimkolwiek innym miejscu w Układzie Słonecznym poza Ziemią.
Lądowanie na Marsie to moment krytyczny dla całej misji ExoMars. W ciągu zaledwie sześciu minut moduł będzie musiał zwolnić z prędkości 21 000 km/h, aby umożliwić miękkie lądowanie i tym samym nie uszkodzić najważniejszego ładunku, a więc łazika Rosalind Franklin, który będzie eksplorować powierzchnię Marsa.
Polski wkład w misję
Prace w zakresie projektu ExoMars, które zakładają wysłanie pierwszego europejskiego łazika na Marsa, trwają od blisko 15 lat. Początkowo Europejska Agencja Kosmiczna współpracowała w tym zakresie z rosyjską agencją Roskosmos. Atak Rosji na Ukrainę w 2022 r. i tym samym zatrzymanie współpracy pomiędzy agencjami postawiły misję pod znakiem zapytania.
Rosjanie mieli bowiem dostarczyć całą platformę do lądowania łazika oraz zająć się obsługą procesu lądowania. Rolę Rosjan przejęła częściowo firma Airbus, która zobowiązała się zaprojektować i zbudować platformę lądującą wraz z podwoziem i układem napędowym, który zostanie uruchomiony w ostatniej fazie opadania w celu wyhamowania konstrukcji.
Warto jednak zauważyć, że dużą część projektu realizuje polska spółka Astronika, której inżynierowie otrzymali jedno z kluczowych zadań – są odpowiedzialni za budowę systemu, po którym łazik bezpiecznie zjedzie z lądownika na powierzchnię Marsa. System EGRESS składa się z czterech zmechanizowanych ramp, które muszą dokonać precyzyjnego otwarcia i zapewnić łazikowi Rosalind Franklin bezpieczny zjazd i rozpoczęcie eksploracji.
„Nasz system musi być absolutnie niezawodny. Od jego poprawnego działania zależy powodzenie całej misji. Bez nas łazik nie rozpocznie podróży po Czerwonej Planecie.” - opisał Maksymilian Gawin, kierownik projektu. Polscy inżynierowie z firmy Astronika przygotują też wysięgnik anteny komunikacyjnej.
Program ExoMars
Wysłanie łazika na powierzchnię Marsa to kolejny krok w całym projekcie Europejskiej Agencji Kosmicznej. W 2016 r. w stronę Czerwonej Planety wystrzelono sprzęt pierwszej fazy wyprawy - sondę Trace Gas Orbiter (TGO) oraz lądownik Schiaparelli, który jednak uległ zniszczeniu podczas próby lądowania.
Zadaniem TGO jest w głównej mierze poszukiwanie gazów, w tym głównie metanu, w atmosferze Marsa. Sonda wciąż posiada duży zapas paliwa, dzięki czemu jej żywotność zostanie wydłużona na potrzeby misji ExoMars 2028, której start jest na ten moment planowany w 2028 r. Lądowanie na Czerwonej Planecie będzie mogło dzięki temu dojść do skutku w 2030 r.
Zadaniem łazika Rosalind Franklin będzie poszukiwanie śladów życia na Marsie. W tym celu łazik będzie przemierzać Czerwoną Planetę i przy pomocy specjalnego wiertła pobierać próbki powierzchni do analizy (pochodzące z głębokości do 2 metrów).
System spadochronów do misji ExoMars w trakcie testów w Szwecji.
Autor. ESA
Sekwencja działania spadochronów w trakcie misji ExoMars.
Autor. ESA
Airbus dostarczy kluczowe podsystemy do lądownika marsjańskiego w ramach europejskiej misji ExoMars. Wyboru dokonali Thales Alenia Space i Europejska Agencja Kosmiczną.
Autor. Airbus
SPACE24
https://space24.pl/pojazdy-kosmiczne/so ... ji-exomars
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Tajemniczy rozpad: jak pięć masywnych gwiazd opuściło gwiezdny żłobek R136
2025-07-27.
Astronomowie wykorzystali symulacje, aby zrekonstruować, w jaki sposób trzy gwiazdy zostały wyrzucone z gromady gwiazd R136. Analiza wykazała, że w zdarzeniu brało udział pięć gwiazd.
Kiedy formują się gromady gwiazd, nowo narodzone gwiazdy chaotycznie przemieszczają się przez swoje otoczenie. W tej wczesnej fazie bliskie spotkania mogą spowodować, że niektóre gwiazdy wylecą z gromady. Według rekonstrukcji Simona Portegiesa Zwarta i astronomów z Uniwersytetu Amsterdamskiego, spotkanie gwiazdy VFTS 590, gwiazdy podwójnej Mel 39 i kolejnego układu podwójnego Mel 34 spowodowało gwałtowny rozpad całego układu w jednym zdarzeniu. To pierwsza tak szczegółowa rekonstrukcja tego typu wysokoenergetycznego spotkania.
Rekonstrukcja z takim poziomem precyzji długo była uważana za niemożliwą – powiedział Portegies Zwart. Ale daje nam ona unikalny wgląd w serce gromady gwiazd i rodzaj dynamicznych interakcji, które tam zachodzą. Spodziewano się, że taki wyrzut będzie obejmował trzy, może cztery gwiazdy. Fakt, że teraz widzimy dowody na obecność pięciu, jest dużym zaskoczeniem.
Astronomowie zidentyfikowali około 60 tzw. gwiazd uciekających w R136. Są to gwiazdy oddalające się od gromady z dużą prędkością i znacznie masywniejsze niż wcześniej znane gwiazdy uciekające – niektóre mają masę ponad 100 razy większą od Słońca i poruszają się z prędkością ponad 100 km/s. Wcześniejsze badania Stoopa i współpracowników, wykorzystujące dane z misji Gaia, wykazały już, że trzy z tych uciekających gwiazd zostały wyrzucone z jądra R136 mniej więcej w tym samym czasie, około 60 000 lat temu. Jednak mechanizm stojący za tym jednoczesnym wyrzuceniem gwiazd pozostaje niejasny.
Nowe symulacje nie tylko potwierdzają rolę tych trzech gwiazd, ale także identyfikują dwie dodatkowe gwiazdy zaangażowane w to zdarzenie. Obliczenia wskazują na układ podwójny Mel 39, którego dwie gwiazdy mają masy odpowiednio 140 i 80 razy większe od masy Słońca. Symulacje przewidują również, że Mel 39 oddala się od gromady z prędkością 64 km/s i znajduje się w tej samej płaszczyźnie orbitalnej co drugi wyrzucony układ podwójny, Mel 34 – jeden z najcięższych znanych układów podwójnych w pobliskim Wszechświecie. Dzięki tym kosmicznym pracom detektywistycznym, Mel 34 można teraz powiązać z tym samym pięciogwiazdowym układem, dawno temu rozerwanym, który kiedyś istniał w gęstym centrum R136.
Wyniki badań zostały opublikowane w Physical Review Letters.
Opracowanie:
Agnieszka Nowak
Więcej informacji:
• This is how astronomers found out how three stars were ejected from star cluster R136
• Origin of the Most Recently Ejected OB Runaway Star from the R136 Cluster
Źródło: Uniwersytet w Lejdzie
Na ilustracji: Schematyczna reprezentacja uciekających gwiazd VFTS 590, gwiazdy podwójnej Mel 39 i gwiazdy podwójnej Mel 34 wyrzuconych w wyniku niemal kolizji z gromady R136 w Mgławicy Tarantula. Źródło: NASA, ESA, P. Crowther/University of Sheffield, Mitchel Stoop
URANIA
https://www.urania.edu.pl/wiadomosci/ta ... lobek-r136
2025-07-27.
Astronomowie wykorzystali symulacje, aby zrekonstruować, w jaki sposób trzy gwiazdy zostały wyrzucone z gromady gwiazd R136. Analiza wykazała, że w zdarzeniu brało udział pięć gwiazd.
Kiedy formują się gromady gwiazd, nowo narodzone gwiazdy chaotycznie przemieszczają się przez swoje otoczenie. W tej wczesnej fazie bliskie spotkania mogą spowodować, że niektóre gwiazdy wylecą z gromady. Według rekonstrukcji Simona Portegiesa Zwarta i astronomów z Uniwersytetu Amsterdamskiego, spotkanie gwiazdy VFTS 590, gwiazdy podwójnej Mel 39 i kolejnego układu podwójnego Mel 34 spowodowało gwałtowny rozpad całego układu w jednym zdarzeniu. To pierwsza tak szczegółowa rekonstrukcja tego typu wysokoenergetycznego spotkania.
Rekonstrukcja z takim poziomem precyzji długo była uważana za niemożliwą – powiedział Portegies Zwart. Ale daje nam ona unikalny wgląd w serce gromady gwiazd i rodzaj dynamicznych interakcji, które tam zachodzą. Spodziewano się, że taki wyrzut będzie obejmował trzy, może cztery gwiazdy. Fakt, że teraz widzimy dowody na obecność pięciu, jest dużym zaskoczeniem.
Astronomowie zidentyfikowali około 60 tzw. gwiazd uciekających w R136. Są to gwiazdy oddalające się od gromady z dużą prędkością i znacznie masywniejsze niż wcześniej znane gwiazdy uciekające – niektóre mają masę ponad 100 razy większą od Słońca i poruszają się z prędkością ponad 100 km/s. Wcześniejsze badania Stoopa i współpracowników, wykorzystujące dane z misji Gaia, wykazały już, że trzy z tych uciekających gwiazd zostały wyrzucone z jądra R136 mniej więcej w tym samym czasie, około 60 000 lat temu. Jednak mechanizm stojący za tym jednoczesnym wyrzuceniem gwiazd pozostaje niejasny.
Nowe symulacje nie tylko potwierdzają rolę tych trzech gwiazd, ale także identyfikują dwie dodatkowe gwiazdy zaangażowane w to zdarzenie. Obliczenia wskazują na układ podwójny Mel 39, którego dwie gwiazdy mają masy odpowiednio 140 i 80 razy większe od masy Słońca. Symulacje przewidują również, że Mel 39 oddala się od gromady z prędkością 64 km/s i znajduje się w tej samej płaszczyźnie orbitalnej co drugi wyrzucony układ podwójny, Mel 34 – jeden z najcięższych znanych układów podwójnych w pobliskim Wszechświecie. Dzięki tym kosmicznym pracom detektywistycznym, Mel 34 można teraz powiązać z tym samym pięciogwiazdowym układem, dawno temu rozerwanym, który kiedyś istniał w gęstym centrum R136.
Wyniki badań zostały opublikowane w Physical Review Letters.
Opracowanie:
Agnieszka Nowak
Więcej informacji:
• This is how astronomers found out how three stars were ejected from star cluster R136
• Origin of the Most Recently Ejected OB Runaway Star from the R136 Cluster
Źródło: Uniwersytet w Lejdzie
Na ilustracji: Schematyczna reprezentacja uciekających gwiazd VFTS 590, gwiazdy podwójnej Mel 39 i gwiazdy podwójnej Mel 34 wyrzuconych w wyniku niemal kolizji z gromady R136 w Mgławicy Tarantula. Źródło: NASA, ESA, P. Crowther/University of Sheffield, Mitchel Stoop
URANIA
https://www.urania.edu.pl/wiadomosci/ta ... lobek-r136
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Czy życie naprawdę może być wszędzie? Odkrycie cząsteczek w Orionie
2025-07-27. Julia Król
Wokół protogwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona naukowcy zidentyfikowali ponad tuzin złożonych cząsteczek organicznych, uważanych za pierwotne składniki DNA i RNA. Wyniki badań wskazują, że te związki mogą przeżywać ekstremalne warunki powstawania gwiazd, a nawet być powszechne w kosmosie, podczas gdy wcześniej sądzono, że są niszczone w takich procesach. Otwiera to nowe perspektywy dla poszukiwania śladów życia na innych planetach.
Naukowcy z Instytutu Maxa Plancka twierdzą, że w kosmosie występują złożone cząsteczki organiczne - takie jak glikol etylenowy i glikolonitryl - o wiele powszechniej, niż wcześniej sądzono. Związki te są uważane za prekursory kwasów nukleinowych, z których powstają DNA i RNA.
Rozpowszechnione cząsteczki życia w kosmosie
Zespół podczas nowego badania wykrył ponad tuzin rodzajów złożonych cząsteczek organicznych pływających blisko protogwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona. Sugeruje to, że substancje chemiczne są w stanie przetrwać gwałtowne procesy prowadzące do narodzin gwiazd i mogą występować w dużych ilościach w kosmosie, zamiast czekać na planetę o odpowiednich warunkach do ich powstania.
Nasze odkrycie wskazuje na prostą linię wzbogacenia chemicznego i rosnącej złożoności między obłokami międzygwiazdowymi a w pełni rozwiniętymi układami planetarnymi - powiedział główny autor pracy, Abubakar Fadul, astronom z Instytutu Maxa Plancka.
Badacze dodają: "to sugeruje, że nasiona życia gromadzą się w kosmosie i są szeroko rozpowszechnione".
Dotąd sądzono, że większość cząsteczek organicznych ulega zniszczeniu, kiedy naradza się układ gwiezdny z obłoku międzygwiazdowego. Przejściu zimnej protogwiazdy w młodą gwiazdę otoczoną dyskiem pyłu i gazu towarzyszy gwałtowna faza szoku gazowego, intensywnego promieniowania i szybkiego wyrzutu gazu. Może to zniszczyć większość złożonej chemii zgromadzonej na poprzednich etapach. Teraz jednak mamy nowy pogląd na to, co się dzieje.
Nasze wyniki sugerują, że dyski protoplanetarne dziedziczą złożone cząsteczki z wcześniejszych etapów, a proces ich powstawania może trwać nadal w trakcie rozwoju dysku protoplanetarnego - stwierdził współautor badania, Kamber Schwarz.
Jak to zaobserwowano?
Złożone cząsteczki organiczne są trudne do wykrycia, ponieważ zwykle są uwięzione w odłamkach zwanych lodowymi ziarnami pyłu, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności naukowcy mogli je dostrzec, ponieważ w układzie V883 Orionis gwiazda wciąż emituje w przestrzeń kosmiczną fale promieniowania, podgrzewając odłamki i uwalniając substancje chemiczne. Było to możliwe do zaobserwowania dzięki ogromnemu radioteleskopowi w Chile.
Po raz pierwszy udało się zobaczyć narodziny młodego układu planetarnego
Niedawno astronomowie po raz pierwszy zaobserwowali, jak z wiru gazu i pyłu otaczającego gwiazdę narodził się układ planetarny. Dokonali tego dzięki danym z Teleskopu Jamesa Webba oraz Atacama Large Millimeter/submillimeter Array, doglądających młodą gwiazdę HOPS-315, oddaloną o 1300 lat świetlnych od Ziemi.
Odkrycie to daje naukowcom możliwość zbadania, jak około 4,6 miliarda lat temu powstał nasz macierzysty układ planetarny wokół Słońca.
Nowe dowody na powszechność życia w kosmosie?123RF/PICSEL
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news ... d,22169216
2025-07-27. Julia Król
Wokół protogwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona naukowcy zidentyfikowali ponad tuzin złożonych cząsteczek organicznych, uważanych za pierwotne składniki DNA i RNA. Wyniki badań wskazują, że te związki mogą przeżywać ekstremalne warunki powstawania gwiazd, a nawet być powszechne w kosmosie, podczas gdy wcześniej sądzono, że są niszczone w takich procesach. Otwiera to nowe perspektywy dla poszukiwania śladów życia na innych planetach.
Naukowcy z Instytutu Maxa Plancka twierdzą, że w kosmosie występują złożone cząsteczki organiczne - takie jak glikol etylenowy i glikolonitryl - o wiele powszechniej, niż wcześniej sądzono. Związki te są uważane za prekursory kwasów nukleinowych, z których powstają DNA i RNA.
Rozpowszechnione cząsteczki życia w kosmosie
Zespół podczas nowego badania wykrył ponad tuzin rodzajów złożonych cząsteczek organicznych pływających blisko protogwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona. Sugeruje to, że substancje chemiczne są w stanie przetrwać gwałtowne procesy prowadzące do narodzin gwiazd i mogą występować w dużych ilościach w kosmosie, zamiast czekać na planetę o odpowiednich warunkach do ich powstania.
Nasze odkrycie wskazuje na prostą linię wzbogacenia chemicznego i rosnącej złożoności między obłokami międzygwiazdowymi a w pełni rozwiniętymi układami planetarnymi - powiedział główny autor pracy, Abubakar Fadul, astronom z Instytutu Maxa Plancka.
Badacze dodają: "to sugeruje, że nasiona życia gromadzą się w kosmosie i są szeroko rozpowszechnione".
Dotąd sądzono, że większość cząsteczek organicznych ulega zniszczeniu, kiedy naradza się układ gwiezdny z obłoku międzygwiazdowego. Przejściu zimnej protogwiazdy w młodą gwiazdę otoczoną dyskiem pyłu i gazu towarzyszy gwałtowna faza szoku gazowego, intensywnego promieniowania i szybkiego wyrzutu gazu. Może to zniszczyć większość złożonej chemii zgromadzonej na poprzednich etapach. Teraz jednak mamy nowy pogląd na to, co się dzieje.
Nasze wyniki sugerują, że dyski protoplanetarne dziedziczą złożone cząsteczki z wcześniejszych etapów, a proces ich powstawania może trwać nadal w trakcie rozwoju dysku protoplanetarnego - stwierdził współautor badania, Kamber Schwarz.
Jak to zaobserwowano?
Złożone cząsteczki organiczne są trudne do wykrycia, ponieważ zwykle są uwięzione w odłamkach zwanych lodowymi ziarnami pyłu, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności naukowcy mogli je dostrzec, ponieważ w układzie V883 Orionis gwiazda wciąż emituje w przestrzeń kosmiczną fale promieniowania, podgrzewając odłamki i uwalniając substancje chemiczne. Było to możliwe do zaobserwowania dzięki ogromnemu radioteleskopowi w Chile.
Po raz pierwszy udało się zobaczyć narodziny młodego układu planetarnego
Niedawno astronomowie po raz pierwszy zaobserwowali, jak z wiru gazu i pyłu otaczającego gwiazdę narodził się układ planetarny. Dokonali tego dzięki danym z Teleskopu Jamesa Webba oraz Atacama Large Millimeter/submillimeter Array, doglądających młodą gwiazdę HOPS-315, oddaloną o 1300 lat świetlnych od Ziemi.
Odkrycie to daje naukowcom możliwość zbadania, jak około 4,6 miliarda lat temu powstał nasz macierzysty układ planetarny wokół Słońca.
Nowe dowody na powszechność życia w kosmosie?123RF/PICSEL
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news ... d,22169216
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Nowe zagrożenie z kosmosu? Astrofizyk ostrzega przed wrogą
2025-07-27. Julia Król
Astrofizyk Avi Loeb i jego współpracownicy publicznie spekulują, że tajemniczy obiekt 3I/ATLAS może być wysoce zaawansowanym statkiem obcej cywilizacji, który zmierza w stronę Układu Słonecznego. Choć takie teorie nie mają potwierdzenia w badaniach NASA, ich rozgłos rozpala wyobraźnię i podsyca dyskusję o przyszłości ludzkości wobec potencjalnego kontaktu z inteligencją pozaziemską. Naukowcy przewidują, że dokładniejsze obserwacje w październiku rozwieją wątpliwości co do zagrożenia ze strony obiektu.
Czy będzie koniec świata? W piątek 25 lipca astrofizyk Avi Loeb, znany z kontrowersyjnych teorii, zasugerował, że obiekt międzygwiezdny 3I/ATLAS może być wrogim statkiem kosmicznym zmierzającym na kurs kolizyjny z Ziemią.
Niecodzienne zachowanie obiektu sugeruje wrogą cywilizację
Loeb od wielu lat intensywnie interesuje się życiem pozaziemskim, a jego nowa teoria koncentruje się na obiekcie międzygwiezdnym wykrytym po raz pierwszy 1 lipca 2025 roku w odległości 4,5 razy większej niż odległość Ziemi do Słońca.
Według astrofizyka niezwykła trajektoria i jasność obiektu sugerują, że może on wykonywać celowe manewry - a to jest niezgodne z zachowaniem naturalnych asteroid. Loeb wierzy, że to będzie nasze pierwsze spotkanie z wrogą inteligencją pozaziemską. Dlaczego wrogą?
Naukowiec sądzi, że kiedy pod koniec listopada obiekt zbliży się do Słońca, zniknie z pola widzenia Ziemi, dzięki czemu będzie mógł wykonać tajny manewr, pozwalający mu pozostać w Układzie Słonecznym, gdzie może potajemnie przygotować się do ataku.
To nie pierwsza teoria, z którą wychodzi Loeb. Już w 2017 roku spekulował, że 'Oumuamua, małe ciało niebieskie, może być sondą kosmiczną. Swoje rozważania na temat zaawansowanej technologii wykorzystywanej przez pozaziemskie cywilizacje rozwija teraz, obawiając się, co się stanie, kiedy 29 października 2025 roku po raz pierwszy obiekt znajdzie się po przeciwnej stronie Słońca, pojawiając się z powrotem na początku grudnia.
Argumentem Loeba jest m.in. to, że 3I/ATLAS wydaje się anomalnie jasny jak na swój szacowany rozmiar - to pozwala myśleć, że ma odblaskową lub sztuczną powierzchnię. Jego spekulacje podsyca fakt, że obiekt nie ma typowych cech komet, takich jak pióropusz pyłu lub gazu przy prędkości około 60 kilometrów na sekundę.
Biorąc pod uwagę jego tempo lotu, prawdopodobnie przekroczył zewnętrzną granicę Układu Słonecznego około 8000 lat temu. Szacuje się, że ma średnicę od 10 do 20 kilometrów, choć mógłby mieć mniejszy profil, gdyby składał się głównie z odbijającego światło lodu. Jego trajektoria jest hiperboliczna, a więc nie jest związany z grawitacją Słońca - prawdopodobnie przyleciał z przestrzeni międzygwiezdnej i zaraz ją opuści.
Czy jest się czego bać?
Program NASA - NEA (Near-Earth Object Program) - śledzący potencjalne zagrożenia, nie uznał 3I/ATLAS jako niebezpiecznego do lipca 2025 roku, chociaż jego nietypowa trasa wymaga dalszych badań i wzbudza zainteresowanie.
Mimo że nie ma potwierdzenia tej teorii, jeśliby się sprawdziła, konsekwencje mogłoby być poważne - załamałby się łańcuchy dostaw i rynki finansowe, a rządy prawdopodobnie przekierowałyby zasoby na obronę lub monitorowanie kosmosu.
Jeśli hipoteza okaże się słuszna, konsekwencje mogą być potencjalnie tragiczne dla ludzkości i będą wymagać podjęcia środków obronnych (choć te mogą okazać się bezskuteczne) - ostrzegają Adam Hibberd i Adam Crowl, którzy razem z Loebem połączyli siły do stworzenia tej teorii.
Mimo wszystko bardziej realnym założeniem jest, że 3I/ATLAS jest łagodny lub naturalny - moglibyśmy dzięki niemu pogłębić naszą wiedzę o kosmosie. Oczekuje się, że NASA i obserwatoria międzynarodowe będą dostarczać aktualizacje podczas całej trasy obiektu. Jego naturę wyjaśnią obserwacje pod koniec października, ale jak dotąd nie ma wiarygodnego zagrożenia.
Z całą pewnością kometa nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla Ziemi - nie uderzy w naszą planetę. Jej najbliższą odległością od Ziemi będzie około 270 mln kilometrów.
Czy obiekt 3I/ATLAS może być wysoce zaawansowanym statkiem obcej cywilizacji? European Southern Observatory (ESO) domena publiczna
Diagram przedstawiający trajektorię międzygwiezdnej komety 3I/ATLAS podczas jej przelotu przez Układ Słoneczny NASA/JPL-Caltech domena publiczna
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news ... d,22169240
2025-07-27. Julia Król
Astrofizyk Avi Loeb i jego współpracownicy publicznie spekulują, że tajemniczy obiekt 3I/ATLAS może być wysoce zaawansowanym statkiem obcej cywilizacji, który zmierza w stronę Układu Słonecznego. Choć takie teorie nie mają potwierdzenia w badaniach NASA, ich rozgłos rozpala wyobraźnię i podsyca dyskusję o przyszłości ludzkości wobec potencjalnego kontaktu z inteligencją pozaziemską. Naukowcy przewidują, że dokładniejsze obserwacje w październiku rozwieją wątpliwości co do zagrożenia ze strony obiektu.
Czy będzie koniec świata? W piątek 25 lipca astrofizyk Avi Loeb, znany z kontrowersyjnych teorii, zasugerował, że obiekt międzygwiezdny 3I/ATLAS może być wrogim statkiem kosmicznym zmierzającym na kurs kolizyjny z Ziemią.
Niecodzienne zachowanie obiektu sugeruje wrogą cywilizację
Loeb od wielu lat intensywnie interesuje się życiem pozaziemskim, a jego nowa teoria koncentruje się na obiekcie międzygwiezdnym wykrytym po raz pierwszy 1 lipca 2025 roku w odległości 4,5 razy większej niż odległość Ziemi do Słońca.
Według astrofizyka niezwykła trajektoria i jasność obiektu sugerują, że może on wykonywać celowe manewry - a to jest niezgodne z zachowaniem naturalnych asteroid. Loeb wierzy, że to będzie nasze pierwsze spotkanie z wrogą inteligencją pozaziemską. Dlaczego wrogą?
Naukowiec sądzi, że kiedy pod koniec listopada obiekt zbliży się do Słońca, zniknie z pola widzenia Ziemi, dzięki czemu będzie mógł wykonać tajny manewr, pozwalający mu pozostać w Układzie Słonecznym, gdzie może potajemnie przygotować się do ataku.
To nie pierwsza teoria, z którą wychodzi Loeb. Już w 2017 roku spekulował, że 'Oumuamua, małe ciało niebieskie, może być sondą kosmiczną. Swoje rozważania na temat zaawansowanej technologii wykorzystywanej przez pozaziemskie cywilizacje rozwija teraz, obawiając się, co się stanie, kiedy 29 października 2025 roku po raz pierwszy obiekt znajdzie się po przeciwnej stronie Słońca, pojawiając się z powrotem na początku grudnia.
Argumentem Loeba jest m.in. to, że 3I/ATLAS wydaje się anomalnie jasny jak na swój szacowany rozmiar - to pozwala myśleć, że ma odblaskową lub sztuczną powierzchnię. Jego spekulacje podsyca fakt, że obiekt nie ma typowych cech komet, takich jak pióropusz pyłu lub gazu przy prędkości około 60 kilometrów na sekundę.
Biorąc pod uwagę jego tempo lotu, prawdopodobnie przekroczył zewnętrzną granicę Układu Słonecznego około 8000 lat temu. Szacuje się, że ma średnicę od 10 do 20 kilometrów, choć mógłby mieć mniejszy profil, gdyby składał się głównie z odbijającego światło lodu. Jego trajektoria jest hiperboliczna, a więc nie jest związany z grawitacją Słońca - prawdopodobnie przyleciał z przestrzeni międzygwiezdnej i zaraz ją opuści.
Czy jest się czego bać?
Program NASA - NEA (Near-Earth Object Program) - śledzący potencjalne zagrożenia, nie uznał 3I/ATLAS jako niebezpiecznego do lipca 2025 roku, chociaż jego nietypowa trasa wymaga dalszych badań i wzbudza zainteresowanie.
Mimo że nie ma potwierdzenia tej teorii, jeśliby się sprawdziła, konsekwencje mogłoby być poważne - załamałby się łańcuchy dostaw i rynki finansowe, a rządy prawdopodobnie przekierowałyby zasoby na obronę lub monitorowanie kosmosu.
Jeśli hipoteza okaże się słuszna, konsekwencje mogą być potencjalnie tragiczne dla ludzkości i będą wymagać podjęcia środków obronnych (choć te mogą okazać się bezskuteczne) - ostrzegają Adam Hibberd i Adam Crowl, którzy razem z Loebem połączyli siły do stworzenia tej teorii.
Mimo wszystko bardziej realnym założeniem jest, że 3I/ATLAS jest łagodny lub naturalny - moglibyśmy dzięki niemu pogłębić naszą wiedzę o kosmosie. Oczekuje się, że NASA i obserwatoria międzynarodowe będą dostarczać aktualizacje podczas całej trasy obiektu. Jego naturę wyjaśnią obserwacje pod koniec października, ale jak dotąd nie ma wiarygodnego zagrożenia.
Z całą pewnością kometa nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla Ziemi - nie uderzy w naszą planetę. Jej najbliższą odległością od Ziemi będzie około 270 mln kilometrów.
Czy obiekt 3I/ATLAS może być wysoce zaawansowanym statkiem obcej cywilizacji? European Southern Observatory (ESO) domena publiczna
Diagram przedstawiający trajektorię międzygwiezdnej komety 3I/ATLAS podczas jej przelotu przez Układ Słoneczny NASA/JPL-Caltech domena publiczna
https://geekweek.interia.pl/kosmos/news ... d,22169240
-
Paweł Baran
- VIP
- Posty: 21633
- Rejestracja: 9 lut 2019, o 13:58
- Polubił: 1 time
- Polubiane: 35 times
Re: Wiadomości astronomiczne z internetu
Zaginione ogniwo ewolucji czarnych dziur? HLX-1 i rozerwana gwiazda
2025-07-27. Radek Kosarzycki
W odległym zakątku wszechświata, na obrzeżach galaktyki NGC 6099, doszło do wyjątkowego zjawiska astronomicznego. Nietypowe źródło promieniowania rentgenowskiego, wykryte już w 2009 roku, ponownie przyciągnęło uwagę naukowców. Za jego emisję odpowiada czarna dziura o masie pośredniej – obiekt niezwykle trudny do wykrycia, a tym bardziej do zbadania. To odkrycie może okazać się kluczem do zrozumienia, jak powstają i ewoluują czarne dziury w całym kosmosie.
Czarne dziury dzielimy na dwie dobrze poznane grupy: stosunkowo niewielkie czarne dziury o masie gwiazdowej, powstające z masywnych gwiazd, oraz gigantyczne, supermasywne czarne dziury, znajdujące się w centrach galaktyk. Pomiędzy nimi teoretycznie istnieje trzecia klasa – czarne dziury o masie pośredniej (IMBH), o masie od kilkuset do 100 000 Słońc. Są one jednak wyjątkowo trudne do wykrycia, ponieważ zwykle nie emitują żadnych sygnałów, które można by łatwo zarejestrować.
Jednym z nielicznych momentów, kiedy taka czarna dziura się ujawnia, jest zjawisko rozerwania pływowego (ang. tidal disruption event, TDE). Dzieje się tak, gdy gwiazda lub obłok gazu zbliży się zbyt bardzo do czarnej dziury. Siły grawitacyjne rozrywają obiekt, a towarzyszy temu intensywny rozbłysk promieniowania rentgenowskiego, widoczny z odległości setek milionów lat świetlnych.
HLX-1 – źródło rentgenowskiej zagadki
Takie właśnie zjawisko zaobserwowano w 2009 roku dzięki teleskopowi Chandra. Około 40 000 lat świetlnych od centrum galaktyki NGC 6099 zarejestrowano ekstremalnie jasne źródło promieniowania rentgenowskiego – HLX-1 (Hyper-Luminous X-ray source 1). Obiekt ten osiągał temperatury rzędu 3 milionów stopni Celsjusza – charakterystyczne dla TDE.
Trzy lata później teleskop XMM-Newton zarejestrował jeszcze jaśniejszy rozbłysk – nawet 100 razy silniejszy niż pierwotny. Do 2023 roku jednak emisja znacznie osłabła. Równolegle, dzięki obserwacjom optycznym z Teleskopu Kanadyjsko-Francusko-Hawajskiego oraz Hubble’a, astronomowie dostrzegli w tym samym miejscu niewielką gromadę gwiazd. To doprowadziło do nowych teorii dotyczących pochodzenia HLX-1.
Samotna czarna dziura pożerająca resztki galaktyki?
Najbardziej prawdopodobna hipoteza zakłada, że HLX-1 to pozostałość po galaktyce karłowatej, która zbliżyła się za bardzo do znacznie większej NGC 6099. Większość jej materii została rozerwana przez siły pływowe, pozostawiając po sobie czarną dziurę i skupisko gwiazd – dawną centralną część tej mniejszej galaktyki. Teraz ten „kosmiczny wrak” dryfuje w halo NGC 6099, od czasu do czasu pożerając pobliskie gwiazdy.
To właśnie jedna z tych gwiazd mogła paść ofiarą TDE obserwowanego w 2009 roku. Jednak naukowcy nie są zgodni co do natury tej interakcji. Według jednej teorii gwiazda przetrwała i porusza się po bardzo wydłużonej orbicie, zbliżając się do czarnej dziury tylko w perycentrum swojej orbity. Wówczas oddaje część swojej masy, generując krótkotrwałe rozbłyski promieniowania rentgenowskiego – tak jak ten z 2012 roku. W 2023 roku jasność była znacznie mniejsza, co może oznaczać, że gwiazda znajdowała się wtedy dalej od czarnej dziury.
Alternatywna interpretacja sugeruje, że gwiazda została rozerwana całkowicie. Jej pozostałości uformowały gorący dysk akrecyjny – wirującą strukturę materii spiralnie opadającej do wnętrza czarnej dziury. To mogło tłumaczyć intensywny rozbłysk z 2012 roku i jego późniejsze osłabienie.
Poszukiwanie zaginionego ogniwa
Wciąż nie wiadomo, która z interpretacji jest trafna. Jak zauważa Roberto Soria z Narodowego Instytutu Astrofizyki we Włoszech, obserwowane zmiany jasności HLX-1 mogą wskazywać zarówno na cykliczne rozbłyski, jak i na jednorazowe, powoli kończące się zjawisko. Dopiero kolejne lata obserwacji przyniosą odpowiedź.
Znaczenie tego przypadku wykracza jednak daleko poza pojedynczy incydent. Jeśli czarne dziury o masie pośredniej, takie jak HLX-1, rzeczywiście istnieją i są powszechniejsze niż dotąd sądzono, mogą one odgrywać kluczową rolę w formowaniu się supermasywnych czarnych dziur poprzez łączenie się podczas zderzeń galaktyk. Brak potwierdzonych przypadków IMBH wciąż jednak utrudnia stworzenie pełnego obrazu ich wpływu na ewolucję wszechświata.
Nadchodzi era nowych odkryć
Obserwacje czarnych dziur o masie pośredniej to wciąż duże wyzwanie. Instrumenty takie jak Chandra, Hubble czy XMM-Newton mają ograniczone pole widzenia, a TDE są nieprzewidywalne. Na szczęście wkrótce sytuacja może się zmienić. Już wkrótce rozpocznie pracę Obserwatorium Very C. Rubin, które w ciągu 10 lat wykona niezwykle szczegółowy przegląd całego nieba. Dzięki szerokiemu polu widzenia i wysokiej czułości powinno z łatwością rejestrować nowe TDE, które następnie będą mogły być badane przez inne teleskopy.
Być może już wkrótce zdołamy uchwycić więcej takich zjawisk, a tym samym zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie: jak powstają najpotężniejsze obiekty we wszechświecie?
https://www.pulskosmosu.pl/2025/07/zagi ... a-gwiazda/
2025-07-27. Radek Kosarzycki
W odległym zakątku wszechświata, na obrzeżach galaktyki NGC 6099, doszło do wyjątkowego zjawiska astronomicznego. Nietypowe źródło promieniowania rentgenowskiego, wykryte już w 2009 roku, ponownie przyciągnęło uwagę naukowców. Za jego emisję odpowiada czarna dziura o masie pośredniej – obiekt niezwykle trudny do wykrycia, a tym bardziej do zbadania. To odkrycie może okazać się kluczem do zrozumienia, jak powstają i ewoluują czarne dziury w całym kosmosie.
Czarne dziury dzielimy na dwie dobrze poznane grupy: stosunkowo niewielkie czarne dziury o masie gwiazdowej, powstające z masywnych gwiazd, oraz gigantyczne, supermasywne czarne dziury, znajdujące się w centrach galaktyk. Pomiędzy nimi teoretycznie istnieje trzecia klasa – czarne dziury o masie pośredniej (IMBH), o masie od kilkuset do 100 000 Słońc. Są one jednak wyjątkowo trudne do wykrycia, ponieważ zwykle nie emitują żadnych sygnałów, które można by łatwo zarejestrować.
Jednym z nielicznych momentów, kiedy taka czarna dziura się ujawnia, jest zjawisko rozerwania pływowego (ang. tidal disruption event, TDE). Dzieje się tak, gdy gwiazda lub obłok gazu zbliży się zbyt bardzo do czarnej dziury. Siły grawitacyjne rozrywają obiekt, a towarzyszy temu intensywny rozbłysk promieniowania rentgenowskiego, widoczny z odległości setek milionów lat świetlnych.
HLX-1 – źródło rentgenowskiej zagadki
Takie właśnie zjawisko zaobserwowano w 2009 roku dzięki teleskopowi Chandra. Około 40 000 lat świetlnych od centrum galaktyki NGC 6099 zarejestrowano ekstremalnie jasne źródło promieniowania rentgenowskiego – HLX-1 (Hyper-Luminous X-ray source 1). Obiekt ten osiągał temperatury rzędu 3 milionów stopni Celsjusza – charakterystyczne dla TDE.
Trzy lata później teleskop XMM-Newton zarejestrował jeszcze jaśniejszy rozbłysk – nawet 100 razy silniejszy niż pierwotny. Do 2023 roku jednak emisja znacznie osłabła. Równolegle, dzięki obserwacjom optycznym z Teleskopu Kanadyjsko-Francusko-Hawajskiego oraz Hubble’a, astronomowie dostrzegli w tym samym miejscu niewielką gromadę gwiazd. To doprowadziło do nowych teorii dotyczących pochodzenia HLX-1.
Samotna czarna dziura pożerająca resztki galaktyki?
Najbardziej prawdopodobna hipoteza zakłada, że HLX-1 to pozostałość po galaktyce karłowatej, która zbliżyła się za bardzo do znacznie większej NGC 6099. Większość jej materii została rozerwana przez siły pływowe, pozostawiając po sobie czarną dziurę i skupisko gwiazd – dawną centralną część tej mniejszej galaktyki. Teraz ten „kosmiczny wrak” dryfuje w halo NGC 6099, od czasu do czasu pożerając pobliskie gwiazdy.
To właśnie jedna z tych gwiazd mogła paść ofiarą TDE obserwowanego w 2009 roku. Jednak naukowcy nie są zgodni co do natury tej interakcji. Według jednej teorii gwiazda przetrwała i porusza się po bardzo wydłużonej orbicie, zbliżając się do czarnej dziury tylko w perycentrum swojej orbity. Wówczas oddaje część swojej masy, generując krótkotrwałe rozbłyski promieniowania rentgenowskiego – tak jak ten z 2012 roku. W 2023 roku jasność była znacznie mniejsza, co może oznaczać, że gwiazda znajdowała się wtedy dalej od czarnej dziury.
Alternatywna interpretacja sugeruje, że gwiazda została rozerwana całkowicie. Jej pozostałości uformowały gorący dysk akrecyjny – wirującą strukturę materii spiralnie opadającej do wnętrza czarnej dziury. To mogło tłumaczyć intensywny rozbłysk z 2012 roku i jego późniejsze osłabienie.
Poszukiwanie zaginionego ogniwa
Wciąż nie wiadomo, która z interpretacji jest trafna. Jak zauważa Roberto Soria z Narodowego Instytutu Astrofizyki we Włoszech, obserwowane zmiany jasności HLX-1 mogą wskazywać zarówno na cykliczne rozbłyski, jak i na jednorazowe, powoli kończące się zjawisko. Dopiero kolejne lata obserwacji przyniosą odpowiedź.
Znaczenie tego przypadku wykracza jednak daleko poza pojedynczy incydent. Jeśli czarne dziury o masie pośredniej, takie jak HLX-1, rzeczywiście istnieją i są powszechniejsze niż dotąd sądzono, mogą one odgrywać kluczową rolę w formowaniu się supermasywnych czarnych dziur poprzez łączenie się podczas zderzeń galaktyk. Brak potwierdzonych przypadków IMBH wciąż jednak utrudnia stworzenie pełnego obrazu ich wpływu na ewolucję wszechświata.
Nadchodzi era nowych odkryć
Obserwacje czarnych dziur o masie pośredniej to wciąż duże wyzwanie. Instrumenty takie jak Chandra, Hubble czy XMM-Newton mają ograniczone pole widzenia, a TDE są nieprzewidywalne. Na szczęście wkrótce sytuacja może się zmienić. Już wkrótce rozpocznie pracę Obserwatorium Very C. Rubin, które w ciągu 10 lat wykona niezwykle szczegółowy przegląd całego nieba. Dzięki szerokiemu polu widzenia i wysokiej czułości powinno z łatwością rejestrować nowe TDE, które następnie będą mogły być badane przez inne teleskopy.
Być może już wkrótce zdołamy uchwycić więcej takich zjawisk, a tym samym zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie: jak powstają najpotężniejsze obiekty we wszechświecie?
https://www.pulskosmosu.pl/2025/07/zagi ... a-gwiazda/